„Kto chce być szczęśliwy, niech szuka życia”. Ludwik Hirszfeld, tablica na Saskiej Kępie i pamięć o Dariuszu Piotrowskim

Dodano:
Prof. Artur Jurczyszyn Źródło: Archiwum prywatne
7 marca 2024 roku, 70 lat po śmierci profesora Ludwika Hirszfelda, w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie odsłoniliśmy poświęconą mu tablicę. Uroczystość była kameralna i odbyła się wewnątrz budynku. Dzisiaj, po śmierci Dariusza Piotrowskiego, wieloletniego dyrektora RCKiK i jednego z inicjatorów przedsięwzięcia, mam poczucie, że warto do tamtego dnia powrócić.

Dzisiaj, po śmierci Dariusza Piotrowskiego, wieloletniego dyrektora RCKiK i jednego z inicjatorów przedsięwzięcia, mam poczucie, że warto do tamtego dnia powrócić. Nie tylko po to, aby przypomnieć Hirszfelda. Także po to, aby zastanowić się, czym jest pamięć w medycynie i dlaczego nie wolno pozostawiać jej wyłącznie historykom.

Na tablicy znalazło się jedno z najbardziej charakterystycznych zdań Ludwika Hirszfelda: „Kto chce być szczęśliwy, niech nie szuka szczęścia, niech szuka życia”. Trudno o bardziej stosowne słowa w miejscu, do którego każdego dnia przychodzą ludzie, aby anonimowo oddać część siebie innym.

Siedemdziesiąt lat później, tego samego dnia

Data odsłonięcia nie była przypadkowa. Uroczystość zaplanowano na 7 marca 2024 roku, w siedemdziesiątą rocznicę śmierci uczonego. Zaproszenie przewidywało również projekcję filmu biograficznego Pawła Wysoczańskiego „Mensch”, poświęconego Hirszfeldowi. Dopiero jednak podczas pracy nad materiałami archiwalnymi zrozumiałem, jak mocno działa ta data. W teczce Ludwika Hirszfelda zachował się telegram z 1954 roku. Kilka słów, żadnej retoryki. Informacja, że profesor Ludwik Hirszfeld zmarł 7 marca o godzinie trzeciej, oraz wiadomość o terminie pogrzebu.

Siedemdziesiąt lat później, tego samego dnia, spotkaliśmy się w warszawskim centrum krwiodawstwa, aby przywrócić jego nazwisko miejscu szczególnie z nim związanym. Pomysł tablicy nie miał jednego autora. Był wspólną inicjatywą pięciu osób: prof. Wiesława Wiktora Jędrzejczaka, dr Dariusza Piotrowskiego, prof. Bogumiły Szponar, prof. Krzysztofa Filipiaka i moją.

Łączyły nas różne doświadczenia zawodowe, ale podobne przekonanie: polska medycyna powinna pamiętać o ludziach, dzięki którym stała się tym, czym jest dzisiaj. Nie chodziło przy tym o kolejny pomnik. Chodziło o umieszczenie nazwiska Hirszfelda tam, gdzie jego nauka pozostaje żywa każdego dnia.

Człowiek, który dał krwi język

Dla hematologa i transfuzjologa nazwisko Hirszfelda nie należy wyłącznie do historii medycyny. Jest częścią języka naszej codziennej pracy. Odkrycie grup krwi kojarzymy przede wszystkim z Karlem Landsteinerem. I słusznie. Ale historia, która sprawiła, że grupy krwi stały się nie tylko obserwowanym zjawiskiem, lecz uporządkowanym systemem biologicznym i klinicznym, jest znacznie bardziej złożona.

W Heidelbergu Ludwik Hirszfeld wraz z Emilem von Dungernem badał dziedziczenie grup krwi. Analiza rodzin pozwoliła wykazać, że grupa krwi jest trwałą cechą osobniczą i dziedziczy się zgodnie z określonymi prawami genetycznymi. Publikacje obu badaczy z lat 1910–1911 należą do fundamentalnych prac w historii serologii.

Później to właśnie Hirszfeld zaproponował przyjęcie powszechnego nazewnictwa grup krwi: A, B, AB i 0. System ten został zaakceptowany międzynarodowo i do dziś stanowi podstawowy język transfuzjologii.

Możemy przyzwyczaić się do oznaczeń widocznych na wyniku badania laboratoryjnego czy worku z koncentratem krwinek czerwonych. Są tak oczywiste, że przestajemy zastanawiać się, skąd się wzięły.

A przecież za literami A i B oraz cyfrą 0 kryje się historia jednego z najważniejszych przewrotów w medycynie XX wieku: przejścia od transfuzji obarczonej nieprzewidywalnym ryzykiem do medycyny opartej na immunologicznej zgodności dawcy i biorcy. Hirszfeld zajmował się także tym, co później doprowadziło do zrozumienia konfliktu serologicznego między matką a płodem.

Razem z żoną Hanną badał rozmieszczenie grup krwi w różnych populacjach; podczas I wojny światowej analizowali próbki ponad ośmiu tysięcy żołnierzy, a wyniki opublikowali w 1919 roku w „The Lancet”. Z badań tych wyrosła seroantropologia. Był bakteriologiem, immunologiem, genetykiem, organizatorem nauki i lekarzem. Próba przypisania go do jednej specjalności jest w gruncie rzeczy anachroniczna. W teczce archiwalnej z Lublina znajduje się kilkunastostronicowy wykaz jego prac. Numeracja dochodzi do 227 pozycji. Tematy zmieniają się od bakteriologii i odporności, przez serologię i grupy krwi, po epidemiologię, transfuzjologię oraz zagadnienia konstytucji biologicznej człowieka. Patrząc na ten wykaz, trudno nie pomyśleć, jak bardzo współczesna nauka przyzwyczaiła nas do specjalizacji. Hirszfeld należał jeszcze do pokolenia uczonych, dla których pytanie naukowe było ważniejsze od administracyjnych granic dyscypliny.

Saska Kępa nie była przypadkiem

Także miejsce tablicy ma znaczenie. Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa mieści się przy ul. Saskiej 63/75. Niedaleko, przy ul. Obrońców 27, stoi dom, który Hirszfeld wybudował w 1938 roku i w którym mieszkał wraz z rodziną przed przymusowym przesiedleniem do getta. Ta niewielka odległość łączy dwa światy. Pierwszy to przedwojenna Warszawa uczonych, lekarzy i inteligencji, w której profesor może wracać z laboratorium do własnego domu na Saskiej Kępie. Drugi rozpoczyna się w 1941 roku, kiedy Ludwik Hirszfeld, jego żona Hanna i córka Maria zostają zmuszeni do opuszczenia tego domu i przeniesienia się do getta.

W getcie Hirszfeld nadal był lekarzem i nauczycielem. Zajmował się epidemiologią, walczył z tyfusem plamistym i gruźlicą, prowadził wykłady. Hanna Hirszfeldowa pracowała jako pediatra.

Latem 1942 roku udało im się przedostać na tzw. stronę aryjską. W lutym następnego roku zmarła ich córka Maria. Wiedząc to wszystko, trudno patrzeć na tablicę jedynie jako na przypomnienie osiągnięć naukowych. Jest również świadectwem tego, że historia nauki nie dzieje się poza historią człowieka.

Teczka archiwalna zamiast spiżowego pomnika

Najbardziej interesujące materiały dotyczące wielkich uczonych nie zawsze są najbardziej efektowne. Teczka Hirszfelda rozpoczyna się od kwestionariusza osobowego z fotografią i maszynopisowego curriculum vitae. Dalej pojawiają się urzędowe pisma, nominacje, bibliografie, korespondencja, wycinki prasowe. Dokumenty pokazują człowieka, którego po katastrofie wojny natychmiast wciąga praca nad odbudową polskiej nauki. 31 października 1944 roku otrzymał nominację profesorską na powstającym Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Niedługo później uczestniczył w organizacji medycyny akademickiej we Wrocławiu; w lutym 1946 roku dokumentowano już jego powołanie na stanowisko profesora mikrobiologii lekarskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.

To jest inny Hirszfeld niż ten ze szkolnego biogramu. Nie tylko odkrywca. Budowniczy instytucji. Człowiek, który po doświadczeniu getta, ukrywania się, utracie córki i zniszczeniu świata, do którego należał, wraca do pracy i zaczyna organizować uniwersytet, laboratoria, katedry, zespoły. W jego biografii nauka nie była zawodem wykonywanym w spokojnych warunkach. Była sposobem odbudowywania świata.

Jak szybko można zapomnieć wybitnego człowieka

Być może najbardziej niezwykła część lubelskiej teczki pochodzi jednak nie z lat czterdziestych, ale z roku 1960. Hirszfeld nie żył wtedy zaledwie od sześciu lat. Hanna Hirszfeldowa przeczytała jubileuszowy tekst dotyczący piętnastolecia UMCS i zauważyła, że w opowieści o początkach uczelni niemal pominięto rolę jej męża. Napisała w tej sprawie list. Odpowiedź zachowana w archiwum jest niezwykle interesująca. Jej autor przyznaje, że zdumienie Hanny jest uzasadnione, a następnie przypomina udział Hirszfelda w pierwszych miesiącach istnienia uniwersytetu: przygotowywanie podstaw organizacyjnych, zabieganie o teren dla uczelni, ideę miasteczka uniwersyteckiego i pierwsze decyzje dotyczące jego rozwoju. Ten dokument powinien być obowiązkową lekturą przy okazji każdej dyskusji o pamięci. Pokazuje bowiem, że zapominanie nie zaczyna się po stu latach. Czasem wystarczy sześć. Historia instytucji szybko porządkuje przeszłość. Powstają jubileuszowe publikacje, listy rektorów, fotografie, oficjalne narracje. Ktoś zostaje wymieniony, ktoś inny wypada z przypisu. Po kilku następnych dekadach pominięcie zaczyna wyglądać jak prawda historyczna.

Dlatego tablice mają znaczenie. Nie dlatego, że szkło czy metal potrafią zastąpić książkę. Dlatego, że zadają przechodzącemu człowiekowi pytanie: kim był ten człowiek i dlaczego jego nazwisko znalazło się właśnie tutaj?

Dariusz Piotrowski

Dzisiaj historia tablicy ma dla mnie jeszcze jeden wymiar. Jednego z ludzi, z którymi ją przygotowywaliśmy, już nie ma. W lipcu 2026 roku Narodowe Centrum Krwi poinformowało o śmierci lek. Dariusza Piotrowskiego, wieloletniego dyrektora RCKiK w Warszawie. Był specjalistą chirurgii i transfuzjologii klinicznej. Narodowe Centrum Krwi przypomniało, że przez lata uczestniczył w rozwijaniu polskiego krwiodawstwa i krwiolecznictwa, a swoją pracę traktował jako misję i powołanie. Takiego właśnie dr. Dariusza zapamiętałem. Nie musiał zgadzać się na inicjatywę tablicy. Mógł uznać, że placówka publicznej służby krwi ma bardziej pilne zadania: organizację pobrań, bezpieczeństwo preparatyki, zapewnienie odpowiednich zasobów krwi, logistykę, tysiące bieżących problemów. A jednak rozumiał, że instytucja medyczna posiada nie tylko procedury i aparaturę. Posiada również pamięć.

Bez jego życzliwości i zaangażowania tego przedsięwzięcia prawdopodobnie by nie było.

Kiedy dzisiaj wracam myślą do 7 marca 2024 roku, widzę więc już nie tylko Ludwika Hirszfelda. Widzę również dr. Dariusza Piotrowskiego stojącego przy tablicy człowieka, który niemal sto lat wcześniej pomagał stworzyć naukowe podstawy świata, któremu Piotrowski poświęcił zawodowe życie. Jest w tym pewna ciągłość, której dwa lata temu nie mogliśmy przewidzieć.

Medycyna potrzebuje pamięci

Jako lekarze jesteśmy z natury zwróceni ku przyszłości. Czytamy najnowsze publikacje. Interesują nas nowe leki, technologie, przeciwciała, terapie komórkowe, diagnostyka molekularna. To konieczne. Pacjent nie może być leczony wiedzą sprzed trzydziestu lat tylko dlatego, że ma ona piękną historię.

Jednocześnie medycyna pozbawiona pamięci staje się niebezpiecznie płaska. Możemy wtedy zacząć wierzyć, że wszystko, czym dysponujemy, pojawiło się samo: bank krwi, oznaczenie grupy, próba zgodności, immunohematologia, bezpieczeństwo transfuzji. Nie pojawiło się. Za każdą rutynową procedurą stoją ludzie, którzy kiedyś zadali pytanie, którego przed nimi nikt nie potrafił właściwie sformułować. Hirszfeld jest jednym z nich.

Dlatego jego obecność właśnie w centrum krwiodawstwa wydaje mi się bardziej naturalna niż pomnik ustawiony w reprezentacyjnym miejscu miasta. Człowiek przychodzący oddać krew może przejść obok tej tablicy i dowiedzieć się, że kilkadziesiąt metrów dalej mieszkał uczony, którego badania pomogły zrozumieć, dlaczego krew jednego człowieka może uratować drugiego, ale musi zostać podana zgodnie z biologicznymi prawami, których przez stulecia nie znaliśmy. To historia nauki sprowadzona do doświadczenia konkretnego człowieka. A właśnie taka historia pozostaje najdłużej.

Tablica nie powinna kończyć tej historii

Odsłonięcie tablicy 7 marca 2024 roku było niewielką uroczystością. Nie towarzyszyły jej kamery największych stacji ani szerokie relacje prasowe. W internecie pozostała krótka informacja Instytutu im. Hirszfelda. Nie uważam dzisiaj, że było to niepowodzenie. Przeciwnie. Być może dopiero z perspektywy czasu widać, że tamto spotkanie było początkiem, a nie zakończeniem pewnej historii.

Pozostała tablica. Pozostał film „Mensch”. Pozostały dokumenty. Pozostał dom przy Obrońców 27. Pozostał Instytut we Wrocławiu noszący nazwisko Hirszfelda. Pozostają tysiące lekarzy, diagnostów, pielęgniarek i pracowników publicznej służby krwi, którzy codziennie — często nawet o tym nie myśląc — korzystają z intelektualnego dziedzictwa jego pokolenia. I pozostała pamięć o dr. Dariuszu Piotrowskim, który rozumiał, że służba krwi ma także swoją historię.

Na górze warszawskiej tablicy umieściliśmy zdanie: „Kto chce być szczęśliwy, niech nie szuka szczęścia, niech szuka życia”. Być może właśnie ono najlepiej łączy te wszystkie opowieści.

Hirszfeld przez całe życie szukał życia — w krwi, odporności, nauce, nauczaniu i odbudowywaniu instytucji po katastrofach historii. Dariusz Piotrowski służył życiu poprzez publiczną służbę krwi.

Krwiodawca, który przekracza próg RCKiK, robi to w najbardziej dosłownym sensie. Dlatego warto, aby ta tablica nie pozostawała tylko elementem wnętrza jednego budynku. Powinna stać się pretekstem do rozmowy o tym, skąd przychodzi współczesna medycyna i komu zawdzięcza swoją wiedzę. Pamięć w medycynie nie jest bowiem spojrzeniem wstecz. Jest częścią odpowiedzialności za przyszłość.


Prof. dr hab. n. med. Artur Jurczyszyn, specjalista chorób wewnętrznych i hematologii, kierownik Ośrodka Leczenia Dyskrazji Plazmocytowych Katedry i Kliniki Hematologii UJ CM, prezes Fundacji Centrum Leczenia Szpiczaka w Krakowie

Źródło: NewsMed
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...