Prof. Robert Gil: Polscy kardiolodzy potrafią sobie radzić w trudnych sytuacjach
Katarzyna Pinkosz, NewsMed, Wprost: Polskie Towarzystwo Kardiologiczne niemal od początku współpracuje z Europejskim Towarzystwem Kardiologicznym. Dlaczego ta współpraca jest tak ważna i co daje polskim kardiologom?
Prof. Robert J. Gil, kierownik Kliniki Kardiologii PIM MSWiA, członek Zarządu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego: Polska nie należała do krajów, które były współzałożycielami Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC), ale bardzo szybko włączyliśmy się w jego struktury. ESC powstało w 1953 roku. W 1956 roku, po politycznej odwilży w Polsce, mogliśmy przystąpić do ESC. Początkowo w okresie PRL trudno było jednak o swobodną wymianę myśli i kontaktów, a nawet o możliwość wyjazdu z Polski, również na kongresy. W rezultacie w pierwszych latach byliśmy bardzo marginalizowani – zarówno jeśli chodzi o nasze oczekiwania, jak i możliwości działania.
Wszystko zmieniło się po 1989 roku. Ruch, który rozpoczął się od „Solidarności”, został zauważony przez Europę. Również polscy kardiolodzy zostali mocniej zauważeni. Prof. Michał Tendera został wybrany na prezesa Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (kadencja 2004-06). Do tej pory jest on jedynym Polakiem, który został prezesem Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Co więcej, jest jedyną osobą z krajów Europy Środkowej i Wschodniej, która piastowała tę funkcję. „Stara” Europa wykonała wówczas ukłon w kierunku Polski, doceniła naszego „giganta”, jakim był prof. Michał Tendera. W tamtym okresie również prof. Witold Rużyłło dużo znaczył w Europejskim Towarzystwie Kardiologicznym, był wówczas sekretarzem-skarbnikiem ESC; to bardzo ważna funkcja. Później w strukturach ESC pojawiali się kolejni Polacy, między innymi prof. Adam Torbicki, członek zarządu ESC, oraz prof. Piotr Ponikowski, który był członkiem zarządu w latach 2012–2014. Później jednak przez wiele lat nie było żadnego Polaka w zarządzie ESC. Aż do wyborów w 2026 roku…
… kiedy to Pan wszedł do zarządu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Wybór do zarządu ESC to nie tylko osobiste wyróżnienie, ale także sygnał, że głos polskiej kardiologii jest coraz lepiej słyszany w Europie. Jaką rolę chciałby Pan odegrać w Zarządzie ESC?
Wybór do Zarządu ESC, objęcie funkcji councillora, to jeden z największych moich sukcesów zawodowych. Moja kadencja w PTK, praca w strukturach ESC, a później wybór na członka Zarządu ESC przełamała pewne tabu i sposób myślenia: „Nie uda się, nie warto próbować”. Z tego jestem dumny. Jestem przekonany, że dla młodych ludzi jest to wskazówka, że warto próbować. Trzeba jednak być pracowitym, cierpliwym i nie rezygnować po ewentualnych niepowodzeniach. Na pewno chciałbym coś po sobie pozostawić zarówno w PTK, jak i w ESC. Co do tej drugiej organizacji przede wszystkim bardzo bym chciał, żeby więcej Polaków było w jego strukturach.
Dlaczego obecność Polaków w strukturach ESC jest tak istotna?
Chcielibyśmy, aby polscy lekarze i naukowcy byli w gremiach, które współtworzą rekomendacje i wytyczne. Mimo że jesteśmy jednym z najsilniejszych towarzystw kardiologicznych w Europie i mamy całkiem niezły dorobek naukowy naszych członków, to przez wiele lat istotna obecność Polaków w strukturach ESC była niewielka. Myślę tutaj głównie o pozycjach uzyskiwanych w ramach otwartych wyborów. Oczywiście pojawiały się pojedyncze osoby, między innymi prof. Piotr Hoffman, prof. Piotr Pruszczyk, prof. Dariusz Dudek, czy prof. Izabela Uchmanowicz jednak były to przede wszystkim sukcesy jednostkowe. Wiele zaczęło się zmieniać podczas kadencji prof. Przemysława Mitkowskiego jako prezesa PTK, a mi udało się ten kierunek działań PTK bardzo zintensyfikować. W czasie mojej kadencji liczba polskich kardiologów w różnych gremiach ESC znacznie wzrosła – myślę, że była największa w historii.
Jednak samo bycie w jakimś gremium nie wystarczy. Trzeba być aktywnym, pokazać, że jest się ponadprzeciętnym, ma się pomysły i propozycje. Ja byłem aktywnym przewodniczącym komisji ESC odpowiedzialnej za współpracę z krajami Euroazji, co spowodowało, że moja rozpoznawalność w ESC znacznie wzrosła. Stały za mną co najmniej trzy lata doświadczeń i pracy w strukturach europejskich, a wcześniej także działalność w asocjacji sercowo-naczyniowej ESC. Moja aktywność została zauważona i nawet osoby, które mnie bezpośrednio nie znały, zaufały mi. Zostałem wybrany i – muszę powiedzieć – byłem nawet zaskoczony tak dużą liczbą osób, które na mnie głosowały.
Obecność Polaka w zarządzie ESC to ogromny prestiż, wyróżnienie i dowód akceptacji przez środowisko europejskie polskiej kardiologii.
W 2026 rok mija 70 lat członkostwa Polski w ESC. Co przez te siedem dekad współpraca z Europejskim Towarzystwem Kardiologicznym dała polskim pacjentom?
Ogromną siłą ESC jest to, że jego gremia regularnie opracowują i aktualizują rekomendacje dotyczące diagnostyki i leczenia poszczególnych chorób sercowo-naczyniowych. Dla polskiego kardiologa oznacza to dostęp do najnowszej wiedzy dotyczącej diagnozowania i leczenia chorób sercowo-naczyniowych. Bezpośrednio przekłada się to na lepsze i skuteczniejsze leczenie pacjentów.
Od około dekady ESC coraz mocniej pokazuje, jak ważną rolę w procesie diagnostycznym i terapeutycznym odgrywają pacjenci. My również w PTK nawiązaliśmy dobry kontakt z organizacjami pacjenckimi. Uważamy, że głos pacjentów jest niezwykle istotny. Dzięki temu, że jesteśmy w strukturach Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, które opracowuje wytyczne diagnostyczno-terapeutyczne, możemy też wywierać co prawda nie bezpośredni jednak istotny nacisk na rządzących. Skoro pojawiają się nowe metody leczenia, to nasi pacjenci muszą mieć do nich dostęp, bo powinni być leczeni tak samo jak pacjenci w innych krajach wchodzących w skład ESC, a nie według zmodyfikowanych standardów tylko dlatego, że nas na coś nie stać. A jeśli rzeczywiście nas na coś nie stać, to trzeba społeczeństwu o tym jasno powiedzieć.
Jaką rolę chciałby Pan odegrać w Zarządzie ESC w najbliższych latach?
Nie chciałbym zdradzać wszystkich swoich planów, ale moim głównym marzeniem jest to, żebym nie był pojedynczym „meteorem” jako Polak. Kiedyś niektórzy trochę zazdrośni koledzy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej mówili: „Była Solidarność, dlatego mieliście Prezesa PTK”. Nie do końca się z tym zgadzam, ponieważ prof. Michał Tendera był gigantem kardiologii. Gdyby dziś zapytać któregokolwiek z byłych prezesów ESC o prof. Tenderę, to usłyszelibyśmy: „To była klasa, wyjątkowy naukowiec, wyjątkowy człowiek”. Dlatego został prezesem ESC.
Bardzo chciałbym, żeby moja kadencja – i być może kolejne – pokazały kolegom ze „starej” Europy, że my, Polacy, nie jesteśmy gorsi. Co więcej – potrafimy być lepsi. I czasem jesteśmy lepsi. Im więcej Polaków będzie pełnić ważne funkcje w Europejskim Towarzystwie Kardiologicznym – a obecnie takie funkcje będą w kadencji 2026-2028 pełnić m.in. prof. Agnieszka Tycińska, która została prezesem-elektem w ACVC (Association for Acute CardioVascular Care) oraz prof. Sebastian Szmit, wybrany do ESC Council of Cardio-Oncology – tym bardziej będziemy zauważeni. Dzięki temu możemy doprowadzić do sytuacji, w której Polak będzie wchodził do zarządu ESC nie co 10-15 lat, tylko w każdych kolejnych wyborach. To jest moje marzenie.
Co motywuje polskich kardiologów do działalności w ESC?
Przede wszystkim prestiż i odpowiedzialność. Wszystko, co robimy w Europejskim Towarzystwie Kardiologicznym, dzieje się na zasadach wolontariatu. Wiele osób jest aktywnych, także młodych: widzę to zwłaszcza, gdy rozmawiam z członkami Klubu 30. Wielu z nich marzy o tym, żeby odnieść sukces w Europie. I to jest piękne, co więcej widać, że jest możliwe!
Czego Europa może nauczyć się od polskiej kardiologii? Jakimi sukcesami możemy się pochwalić?
Organizacja ochrony zdrowia w krajach zachodnich jest lepsza. Nie ma tam sytuacji, jak w Polsce, że jest jeden płatnik, ciągłe niedobory finansowe, zadłużanie się szpitali, żeby zapewnić pacjentom ciągłość leczenia. A mimo to potrafimy sobie radzić w trudnych sytuacjach. Jesteśmy twórczy, potrafimy improwizować, nasze wyniki leczenia nie są gorsze niż w Europie, a często nawet lepsze.
Jednym z przykładów naszych sukcesów jest program KOS-Zawał. Takiego programu nie ma nigdzie w Europie. Wypracowaliśmy system, który okazał się bardzo efektywny: śmiertelność odległa po zawale serca znacznie się zmniejszyła. Oczywiście ten system można jeszcze poprawić, ale jest to taka perełka, która pokazuje, że „Polak potrafi”. Mieliśmy więcej tego typu inicjatyw, m.in. wcześniej stworzyliśmy program leczenia ostrego zawału mięśnia sercowego.
Czy polska kardiologia może także wpływać na europejską politykę zdrowotną?
W krajach Europy Zachodniej polityki zdrowotnej nie kreują towarzystwa naukowe. W Polsce Polskie Towarzystwo Kardiologiczne od lat walczy o to, żeby wprowadzać nowe metody leczenia. Oprócz leczenia pacjentów staramy się poprawiać system ochrony zdrowia. Chcemy to robić, bo widzimy taką potrzebę.
Sprawy ochrony zdrowia w Unii Europejskiej pozostają domeną rządów poszczególnych państw. Jednak pewne najważniejsze kwestie, związane między innymi z onkologią czy kardiologią, powinny być wspólne. Państwa nie powinny zmieniać zaleceń i na tym oszczędzać. To, co znajduje się w wytycznych Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, powinno być automatycznie wprowadzane we wszystkich krajach. Ministerstwo Zdrowia powinno przyjmować rekomendacje ESC z pełną odpowiedzialnością. A jeżeli chce je modyfikować, to powinno również brać odpowiedzialność za to, że z czymś się nie zgadza albo że na coś go nie stać.
Prof. dr hab. Robert J. Gil, kierownik Kliniki Kardiologii PIM MSWiA, Prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego w latach 2023-25, członek Zarządu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) na kadencję 2026–2028.