Anna Kopras-Fijołek, NewsMed, Wprost: Założył pan doktor pierwsze w Polsce wiejskie hospicjum domowe, potem także stacjonarne. Skąd taki impuls?
Dr n. med. Paweł Grabowski: To był proces. To były długie lata dojrzewania, przyglądania się sobie, medycynie; temu, co sprawiło, że jestem w tym miejscu, w którym jestem...
Trochę trzeba było się już na początku drogi „poobijać”...
Zabrakło mi kilku punktów na wydział lekarski. Drugi raz, bojąc się, że to się skończy wojskiem, zdecydowałem się zdawać na stomatologię – tu potrzeba było trochę mniej punktów. Za tym podejściem miałem ich tyle, że spokojnie dostałbym się na lekarski. Nie udało mi się już jednak przenieść. Skończyłem studia stomatologiczne, cały czas tęskniąc za „szeroką” medycyną. Wybrałem najbardziej medyczną ze wszystkich specjalizacji stomatologicznych, najbardziej zbliżoną do klinicznych dyscyplin – chirurgię stomatologiczną, następnie – chirurgię szczękowo-twarzową.
„Nie odpuścił” pan doktor medycyny...
Po pierwszym stopniu specjalizacji z chirurgii stomatologicznej zdecydowałem, że jednak zrealizuję swoje marzenie. Złożyłem dokumenty na medycynę. Udało mi się dostać na wydział lekarski, zacząłem studia od trzeciego roku. Później był staż i skończyłem ukochaną medycynę.
W międzyczasie okazało się, że nie mam już powrotu do kliniki, w której robiłem pierwszy stopień specjalizacji. Próbowałem pracy w Instytucie Pediatrii w Krakowie, w Prokocimiu, na oddziale chirurgii dziecięcej, marząc o tym, że – mając oba fakultety – mógłbym operować na przykład dzieci z wadami twarzy. Okazało się to niewykonalne... Nie udało mi się tam „zaczepić”.
Z dużym żalem – jako dość naiwny, ciągle jeszcze młody doktor – pojechałem do konsultanta krajowego do Warszawy, do prof. Janusza Piekarczyka. Powiedziałem mu, że skończyłem dwa fakultety, teraz chciałbym otworzyć specjalizację – ale to jest praktycznie niemożliwe... Wtedy stała się rzecz niebywała. Konsultant krajowy powiedział: Nie ma żadnego problemu, ja będę pana opiekunem specjalizacji. Tak „wylądowałem” w Warszawie.
Co sprawiło, że prof. Piekarczyk pomógł w realizacji kolejnego marzenia pana doktora?
Zastanawiałem się, skąd takie otwarte zachowanie człowieka, który widział mnie po raz pierwszy, mój młodzieńczy zapał, żeby się uczyć, rozwijać. Co nim kierowało – okazało się wiele lat później. Otóż adiunkt tamtejszej kliniki – dr Michał Pereświet Sołtan, który bardzo nam, młodym imponował, cały czas traktuję go jako mistrza, opowiedział mi, mając ponad 90 lat, swoją historię. Gdy go poznałem w klinice w Warszawie świetnie operował i potrafił być mistrzem w relacjach z pacjentami. Widzieliśmy, jak potrafił rozmawiać z prostym człowiekiem, z rozwaloną twarzą, z żulem z marginesu i z profesorem, któremu trzeba było wykonać zabieg w obrębie twarzoczaszki, głowy lub szyi. Super traktował też nas, chirurgiczną młodzież, która dopiero się uczyła. Byliśmy w niego mocno zapatrzeni.
Kiedy skończył 95 lat, przeszliśmy wtedy na „ty”, powiedział: Opowiem ci, jak to było z moją specjalizacją. Bardzo chciałem, tak jak ty, zrobić chirurgię szczękowo-twarzową. Wszyscy jednak mówili: – Sołtan, wy pojedziecie na wieś, tam się też ludziom zęby psują, trzeba leczyć, wy się nie nadajecie do dalszej nauki. Odbijał się od kolejnych drzwi jako człowiek z „nie takim pochodzeniem”. – „Pamiętam – opowiadał dr Sołtan – jak poszedłem do profesora Marcina Kacprzaka, ówczesnego – rektora. Powiedziałem: – Panie profesorze, chciałbym się uczyć się dalej, rozwijać, ale tutaj nie ma takiej możliwości. Stałem, mówiłem to wszystko, ale pomyślałem, że pewnie niczego nie załatwię... Zacząłem wychodzić. Profesor Kacprzak powiedział: – Stójcie, Sołtan. Czy wy wszystkie sprawy tak załatwiacie? Proszę, tu jest wasze skierowanie na studia”.
Być może – ponieważ dr Sołtan był najbliższym pracownikiem profesora Piekarczyka – opowiedział mu tę historię i prof. Piekarczyk przypomniał sobie tamto wydarzenie, sprzed pewnie 40 lat. Zareagował w taki sam sposób jak profesor Kacprzak wiele, wiele lat temu. Umożliwił mi specjalizację, zrobiłem ją, znalazłem pracę w klinice obok, w Warszawie. To był bardzo trudny czas…
Dlaczego?
Po specjalizacji pracowałem w innej klinice z ogromnie trudnym szefem. Owocem tej pracy były publikacje o patologiach w relacjach międzylekarskich. Zobaczyłem też mocno, że kompetencje społeczne lekarzy – zostawione same w sobie – naprawdę wymagają kształcenia. Jeżeli ktoś pewną klasę, umiejętność zachowania, wyniósł z domu, to ją prezentował. Jeżeli nie, potrafił się zachować w bardzo różny sposób. Razem z koleżanką, dzisiaj już panią profesor, Małgosią Rosalską, która była wówczas adiunktem andragogiki w Poznaniu, prowadziliśmy w Izbie Lekarskiej szkolenia z podstaw komunikacji dla lekarzy, z komunikacji z trudnym pacjentem.
Ponieważ praca była dla mnie bardzo wyczerpująca z tym mocno, delikatnie mówiąc, trudnym szefem, zacząłem szukać innej. Znalazłem – w Centrum Onkologii na Ursynowie Warszawskim w Klinice Nowotworów Głowy i Szyi. To był najpiękniejszy okres mojego rozwoju. Dużo pisałem, dużo publikowałem, jeździłem na konferencje, na stypendia, rozwijałem się jako doktor. Do dzisiaj mam listy od pacjentów, którzy pisali do mnie, dziękując za operację, za to, jak byli traktowani.
Dalsza część wywiadu z dr Pawłem Grabowskim – wkrótce.
Dr n. med. Paweł Grabowski – chirurg szczękowo-twarzowy, specjalista medycyny paliatywnej, bioetyk. Pracował m. in. w Klinice Nowotworów Głowy i Szyi Centrum Onkologii w Warszawie. Założyciel i prezes Fundacji Hospicjum Proroka Eliasza w Makówce. Laureat nagród, m. in. „Okulary ks. Kaczkowskiego. Nie widzę przeszkód”, Totus Tuus w kategorii „Promocja godności człowieka”, przyznawanej przez Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia, Zloty Krzyż Zasługi od Prezydenta RP. Pisarz, dramaturg, poeta.
