Julian Aleksandrowicz był jednym z najwybitniejszych polskich lekarzy XX wieku — pionierem hematologii, badaczem, filozofem medycyny, żołnierzem i społecznikiem. W jego klinice spotykały się medycyna i sztuka, nauka i literatura, laboratoryjna precyzja i potrzeba nadziei.
Jako hematolog, pracujący wiele lat później w Krakowie, spoglądam na tę historię ze szczególnym zainteresowaniem. Zmieniły się możliwości diagnostyczne i terapeutyczne. Dysponujemy leczeniem celowanym, immunoterapią, transplantacją komórek krwiotwórczych i diagnostyką molekularną, o jakiej pokolenie profesora mogło jedynie marzyć.
Nie zmieniło się jednak najważniejsze pytanie: czy leczymy chorobę, czy człowieka, który na nią zachorował? Julian Aleksandrowicz odpowiadał na to pytanie całym swoim życiem.
„Doktor Twardy” – lekarz krakowskiego getta i oddziałów AK
Urodził się 20 sierpnia 1908 roku w Krakowie. Medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył w 1933 roku, a przed wojną zajmował się między innymi przechowywaniem krwi i właściwościami heparyny. Jego prace przyczyniły się do rozwoju krwiodawstwa. Później przyszły doświadczenia, które na zawsze ukształtowały jego sposób myślenia o zawodzie lekarza.
We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany. Następnie znalazł się w krakowskim getcie, gdzie współorganizował szpital i leczył ludzi w warunkach granicznych — w świecie pozbawionym bezpieczeństwa, lekarstw, wolności i podstawowej pewności jutra. Po ucieczce z getta został lekarzem oddziałów Armii Krajowej. Nosił pseudonim „Doktor Twardy”.
Po wojnie powrócił do pracy naukowej. W 1950 roku powierzono mu organizację III Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Krakowie, później przekształconej w Klinikę Hematologii. Kierował nią przez 28 lat. Był pionierem badań nad chorobami krwi, krwiodawstwem, przeszczepianiem komórek krwiotwórczych szpiku kostnego i znaczeniem środowiska oraz bioelementów dla zdrowia człowieka.
Nie był jednak wyłącznie uczonym badającym komórki krwi. Interesowała go całość ludzkiego istnienia — biologiczna, psychiczna, społeczna, kulturowa i etyczna.
Wojna nauczyła go, że nie zawsze można chorego wyleczyć, ale niemal zawsze można coś dla niego zrobić. Jedno z przypisywanych mu zdań brzmiało: „Człowiek jest wart tyle, ile uczyni dla drugiego”. Nie stanowiło ono eleganckiego aforyzmu dopisanego do lekarskiej biografii. Było zasadą postępowania.
Maria Jarema: pionierska próba przeszczepienia szpiku
Najbardziej dramatycznym spotkaniem profesora ze światem sztuki była historia Marii Jaremy — „Jaremianki”, jednej z najważniejszych postaci polskiej awangardy. Malarka, rzeźbiarka i współzałożycielka Grupy Krakowskiej chorowała na przewlekłą białaczkę szpikową.
W latach pięćdziesiątych XX wieku hematologia znajdowała się w zupełnie innym miejscu niż obecnie. Nie istniały inhibitory kinaz tyrozynowych, dzięki którym przewlekła białaczka szpikowa stała się dla wielu pacjentów chorobą możliwą do wieloletniego kontrolowania. Nie dysponowano współczesną typizacją zgodności tkankowej, skuteczną profilaktyką zakażeń ani rozwiniętym systemem transplantacyjnym.
Aleksandrowicz podjął próbę, która była wówczas przedsięwzięciem pionierskim: przeszczepienia chorej szpiku pobranego od jej siostry bliźniaczki, Nuny Stojakowskiej. Z dzisiejszej perspektywy można dostrzec, jak niezwykłą szansę biologiczną stanowiła obecność zdrowej bliźniaczki. Jednocześnie zabieg wykonywano w czasach, gdy wiele mechanizmów immunologicznych związanych z transplantacją nie było jeszcze wystarczająco poznanych.
Po przeszczepieniu nastąpiła przejściowa poprawa. Choroby nie udało się jednak zatrzymać. Maria Jarema zmarła 1 listopada 1958 roku.
Nie można tej historii opowiadać jako opowieści o sukcesie terapeutycznym. Była raczej historią przekraczania ówczesnych granic medycyny — dramatyczną próbą ocalenia człowieka, któremu dostępna wówczas wiedza nie dawała realnych szans.
Profesor bardzo przeżył śmierć artystki. Według relacji dotyczących tego wydarzenia pionierska próba i jej niepowodzenie doprowadziły go do głębokiego kryzysu psychicznego. To ważny, choć rzadko pokazywany wymiar pracy lekarza: porażka terapeutyczna nie jest wyłącznie niekorzystnym wynikiem procedury. Ma twarz konkretnego człowieka, historię jego rodziny i ciężar nadziei, którą lekarz przyjął razem z odpowiedzialnością.
Jarema nie przestawała tworzyć w czasie choroby. Jej późne prace należą do najważniejszych w jej dorobku. Choroba nie stała się prostym „źródłem inspiracji” — takie określenie byłoby zbyt łatwe i romantyzujące. Zmieniała jednak sposób przeżywania czasu, cielesności i przemijania. Aleksandrowicz musiał widzieć, że sztuka nie jest dla chorej dodatkiem do życia. Jest jednym ze sposobów zachowania własnej tożsamości.
Lekarz, który dostrzegł poetkę Halinę Poświatowską
Zupełnie inny charakter miała wieloletnia relacja Juliana Aleksandrowicza z Haliną Poświatowską. Poetka od dzieciństwa cierpiała na ciężką wadę serca będącą następstwem choroby reumatycznej. Jej życie naznaczone było pobytami w szpitalach, dusznością, sinicą, ograniczeniem wysiłku i nieustanną świadomością, że czas może okazać się krótki.
Aleksandrowicz nie był kardiochirurgiem. Stał się jednak jej lekarzem, opiekunem, przyjacielem i jednym z ludzi, którzy pomogli jej przekroczyć rolę biernej pacjentki.
Po śmierci męża, Adolfa Ryszarda Poświatowskiego, również ciężko chorego na serce, młoda Halina znalazła się w stanie głębokiego kryzysu. Profesor zachęcał ją do pisania. Co więcej, nie ograniczył się do ogólnego stwierdzenia, że twórczość może jej pomóc. Zadzwonił do Wisławy Szymborskiej i poprosił ją, by przeczytała wiersze jego pacjentki oraz otoczyła młodą poetkę opieką. Był to gest zadziwiająco nowoczesny. Aleksandrowicz rozpoznał w pacjentce nie tylko chorobę, ale również talent. Zrozumiał, że proces leczenia może wymagać nie kolejnej recepty, lecz spotkania z człowiekiem, który pomoże chorej odnaleźć sens i własny język.
Szymborska wspominała, że profesor powiedział jej o ciężko chorej młodej dziewczynie piszącej interesujące wiersze. Kiedy przeczytała teksty Poświatowskiej, uznała je za wartościowe niezależnie od choroby autorki. To istotne: Aleksandrowicz nie prosił o litość dla chorej pacjentki. Pomógł stworzyć przestrzeń, w której talent mógł zostać dostrzeżony i potraktowany poważnie.
Profesor uczestniczył również w organizacji wyjazdu Poświatowskiej do Stanów Zjednoczonych na operację serca. Zabieg przeprowadzony w Filadelfii w 1958 roku znacząco przedłużył jej życie i pozwolił na okres intensywnej aktywności literackiej oraz akademickiej. Poetka studiowała w Smith College, podróżowała, pisała i publikowała.
W jej wierszach ciało jest jednocześnie kruche i zmysłowe, zagrożone i zachłanne na życie. Serce nie występuje jedynie jako narząd dotknięty chorobą. Staje się centrum miłości, lęku, czasu i świadomości własnego istnienia.
Aleksandrowicz rozumiał, że nie można jej skutecznie pomagać, traktując ją wyłącznie jako „przypadek kardiologiczny”. Choroba była częścią jej biografii, ale nie mogła stać się całą jej tożsamością.
Poświatowska zmarła w 1967 roku, mając zaledwie 32 lata, po kolejnej operacji serca. Jej życie było krótkie, lecz trudno uznać je za niepełne. W jakiejś mierze dzięki profesorowi otrzymała nie tylko dodatkowe lata, ale również pomoc w nadaniu im własnego kształtu.
Wisława Szymborska — uczestniczka terapii, nie pacjentka
Nie ma podstaw, aby przedstawiać Wisławę Szymborską jako pacjentkę Juliana Aleksandrowicza. Jej obecność w tej historii jest jednak niezwykle ważna, ponieważ pokazuje, jak profesor rozumiał zadanie lekarza.
Współczesna medycyna powiedziałaby zapewne, że budował sieć wsparcia społecznego, wzmacniał zasoby psychiczne pacjentki i przeciwdziałał jej izolacji. On po prostu zadzwonił do poetki i poprosił ją, aby zainteresowała się wierszami chorej dziewczyny.
Nie każda interwencja terapeutyczna musi odbywać się przy użyciu leku albo aparatury medycznej. Czasem najważniejszą interwencją jest przywrócenie człowiekowi poczucia, że pozostaje komuś potrzebny, że jego praca ma wartość, a przyszłość — nawet niepewna — nadal zawiera możliwości.
Szymborska nie była więc leczona przez Aleksandrowicza. Została przez niego zaproszona do leczenia kogoś innego — nie jako specjalistka medyczna, lecz jako człowiek zdolny rozpoznać talent i otworzyć przed młodą autorką drzwi do środowiska literackiego.
Klinika, w której obrazy nie były dekoracją
Kontakty Aleksandrowicza z artystami nie ograniczały się do Marii Jaremy i Haliny Poświatowskiej. Z opracowań poświęconych profesorowi wynika, że współpracował między innymi z poetami, pisarzami i filozofami: Wisławą Szymborską, Janem Izydorem Sztaudyngerem, Harrym Dudą oraz Włodzimierzem Sedlakiem. Bliskie jego ideom były również działania aktorki i pisarki Lucyny Winnickiej. Nie wszystkie te osoby można nazwać pacjentami profesora. Należały jednak do szerokiego środowiska współtworzącego jego ideę medycyny otwartej na kulturę.
Aleksandrowicz zapraszał artystów do kliniki i przekonywał, że estetyka otoczenia wpływa na stan psychiczny chorego. Na ścianach szpitala zawisły obrazy. Powstała biblioteka. Do zespołu włączono psychologa. Stosowano elementy muzykoterapii. Działało Towarzystwo Przyjaciół Chorych, skupiające ludzi gotowych pomagać pacjentom również poza murami szpitala.
Dziś część tych działań nazwalibyśmy opieką psychoonkologiczną, medycyną narracyjną, terapią zajęciową, biblioterapią albo humanizacją hospitalizacji. Wówczas były one czymś wyjątkowym.
Profesor rozumiał, że obraz wiszący na szpitalnym korytarzu nie wyleczy białaczki, podobnie jak muzyka nie zastąpi leczenia przyczynowego. Nie o zastępowanie medycyny sztuką jednak chodziło. Sztuka miała chronić człowieka przed sprowadzeniem go wyłącznie do roli chorego.
Szpital jest miejscem, w którym bardzo łatwo odebrać pacjentowi podmiotowość. Człowiek traci swoje ubranie, rytm dnia, prywatność, pozycję społeczną, a czasem nawet imię, gdy zaczyna funkcjonować jako numer na sali albo jednostka chorobowa. Aleksandrowicz przeciwstawiał się temu procesowi. Chciał, aby w klinice pozostawało miejsce dla biografii, wyobraźni, rozmowy i piękna.
Credo prof. Aleksandrowicza: Nie ma chorych nieuleczalnie
Najbardziej znane zdanie związane z profesorem brzmi: „Nie ma nieuleczalnie chorych”.
Współczesny lekarz powinien interpretować je ostrożnie. Nie oznacza ono, że każdą chorobę można pokonać ani że wystarczająca determinacja gwarantuje wyzdrowienie. Takie rozumienie byłoby nieprawdziwe i okrutne wobec pacjentów, u których choroba postępuje mimo prawidłowego leczenia.
Myśl Aleksandrowicza była inna: nawet kiedy nie możemy już wyleczyć choroby, człowiek nie przestaje być osobą, której można pomóc. Można łagodzić cierpienie, zmniejszać lęk, podtrzymywać relacje, chronić godność, szukać sensu i nie odbierać nadziei.
Nadzieja nie musi oznaczać obietnicy wyzdrowienia. Może być nadzieją na dobry dzień, spotkanie, ukończenie dzieła, obecność bliskich, opanowanie bólu albo możliwość decydowania o sobie. Prawdomówność i nadzieja nie są przeciwieństwami, jeżeli lekarz potrafi rozmawiać z chorym uczciwie i z wyobraźnią.
Tego właśnie uczą historie Jaremy i Poświatowskiej.
W przypadku Jaremy profesor przekroczył granice ówczesnej medycyny, próbując przeprowadzić pionierskie leczenie. Nie uratował jej życia, ale jego wysiłek stał się częścią historii polskiej transplantologii.
W przypadku Poświatowskiej pomógł nie tylko organizować leczenie serca. Dostrzegł, że młoda pacjentka potrzebuje również impulsu, aby stać się poetką. Połączył ją ze światem literatury i wsparł w walce o życie, które nie miało być jedynie oczekiwaniem na kolejne zaostrzenie choroby.
Hematologia potrzebuje humanizmu
Współczesna hematologia jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się dziedzin medycyny. Rozpoznajemy choroby na poziomie mutacji, szlaków sygnałowych i zmian epigenetycznych. Potrafimy modyfikować układ odpornościowy, prowadzić terapie komórkowe i osiągać wyniki, które jeszcze kilkanaście lat temu wydawały się niemożliwe.
Im bardziej zaawansowana staje się medycyna, tym większe jest jednak ryzyko, że pomiędzy wynikami sekwencjonowania, oceną choroby resztkowej i kolejnymi liniami leczenia zagubi się opowieść pacjenta.
Julian Aleksandrowicz nie znał dzisiejszych technologii, ale doskonale rozumiał niebezpieczeństwo redukcjonizmu. Wiedział, że pacjent z białaczką lub chłoniakiem nie jest białaczką lub chłoniakiem. Jest człowiekiem, który przed zachorowaniem kochał, pracował, pisał, malował, wychowywał dzieci, miał plany i lęki. Leczenie powinno służyć temu człowiekowi, a nie jedynie poprawiać parametry jego choroby.
Nie oznacza to przeciwstawiania nauki empatii. Przeciwnie: najwyższej jakości medycyna wymaga obu. Bez wiedzy humanizm staje się bezradnym współczuciem. Bez humanizmu wiedza może stać się zimną technologią stosowaną wobec człowieka, którego nikt już naprawdę nie słucha.
Lekarz artystów czy artysta medycyny?
Nazywano Aleksandrowicza lekarzem artystów. Określenie jest trafne, lecz niepełne. Leczył znane postacie świata kultury, przyjaźnił się z twórcami i zapraszał ich do kliniki. Był jednak również kimś w rodzaju artysty medycyny — człowiekiem, który nie ograniczał się do stosowania gotowych schematów, lecz próbował tworzyć środowisko sprzyjające zdrowiu.
Widział związek między stanem organizmu a środowiskiem naturalnym, relacjami społecznymi, psychiką i kulturą. Ostrzegał przed dewastacją przyrody, badał znaczenie mikroelementów, interesował się stresem, muzyką, literaturą i rolą nadziei. Jego koncepcje nie zawsze były wolne od kontrowersji, a niektóre wymagały późniejszej weryfikacji. Najważniejsza intuicja pozostaje jednak aktualna: człowiek jest systemem bardziej złożonym niż suma narządów, a medycyna nie może być całkowicie oddzielona od świata, w którym żyje pacjent.
Historia jego spotkań z artystami nie jest więc zbiorem towarzyskich ciekawostek o słynnym profesorze i sławnych pacjentach. Jest opowieścią o granicach oraz możliwościach zawodu lekarza.
Lekarz nie napisze za poetę wiersza i nie stworzy za malarza obrazu. Może jednak pomóc choremu zachować przestrzeń, w której wiersz lub obraz jeszcze powstanie. Może dostrzec w pacjencie nie tylko zagrożone życie biologiczne, lecz także niepowtarzalny świat znaczeń.
Julian Aleksandrowicz próbował ocalić Marię Jaremę, posługując się najbardziej odważną metodą, jaką oferowała mu ówczesna hematologia. Halinie Poświatowskiej pomagał zdobyć dodatkowe lata życia, ale także wykorzystać je do stworzenia poezji, która przeżyła jej chore serce.
Być może właśnie na tym polega najważniejsza lekcja pozostawiona przez „Doktora Twardego”: medycyna osiąga pełnię nie wtedy, gdy wie już wszystko o chorobie, lecz wtedy, gdy mimo całej swojej wiedzy nie przestaje widzieć człowieka.
Prof. dr hab. n. med. ARTUR JURCZYSZYN, kierownik Ośrodka Leczenia Dyskrazji Plazmocytowych Katedry i Kliniki Hematologii UJ CM, Prezes Fundacji Centrum Leczenia Szpiczaka
