Program lekowy to połowa sukcesu. Maciej Miłkowski: Druga część stoi po stronie NFZ

Program lekowy to połowa sukcesu. Maciej Miłkowski: Druga część stoi po stronie NFZ

Dodano: 
Maciej Miłkowski
Maciej Miłkowski Źródło: Archiwum prywatne
Ministerstwo musi tak szacować poszerzanie wskazań do programów lekowych, żeby NFZ był w stanie to udźwignąć i zapłacić za leczenie wszystkich pacjentów, którzy są kwalifikowani do programu lekowego – mówił Maciej Miłkowski, były wiceminister zdrowia, po debacie na temat miastenii zorganizowanej przez NewsMed i Wprost.
  • Od 2024 roku w Polsce funkcjonuje program lekowy leczenia pacjentów z uogólnioną postacią miastenii, w którym znajdują się trzy leki biologiczne: rytuksymab oraz dwa leki o innowacyjnym działaniu: efgartigimod alfa oraz rawulizumab.
  • Mimo bardzo restrykcyjnych kryteriów włączenia do programu, wciąż nie wszyscy pacjenci z uogólnioną, ciężką postacią miastenii są do niego kwalifikowani: o przyczynach mówili eksperci i pacjenci podczas debaty „Miastenia – walka o ruch, oddech, niezależność. Między możliwościami terapeutycznymi a dostępnością leczenia”.
  • – Ministerstwo musi tak szacować poszerzanie wskazań do programów lekowych, żeby NFZ był w stanie udźwignąć i opłacić koszty leczenia wszystkich pacjentów, którzy są kwalifikowani do danego programu lekowego – mówi Maciej Miłkowski.

Miastenia to ciężka, bardzo heterogenna choroba, kilka procent osób choruje bardzo ciężko. Ci chorzy powinni być leczeni najnowocześniejszymi lekami: obecnie jest taka możliwość w ramach programów lekowych, ale nie wszyscy chorzy – z różnych względów – mają możliwość kwalifikacji do tego programu. Jakie są najważniejsze bariery, które trzeba zlikwidować, żeby pacjenci z najcięższą postacią choroby byli optymalnie leczeni?

Maciej Miłkowski, koordynator ds analityki finansowej WIM-PIB, wiceminister zdrowia w latach 2018-2024: Najciężej chorujący na miastenię zostali włączeni do programu lekowego w pierwszej kolejności, ponieważ Ministerstwo Zdrowia zwraca uwagę na koszt programu. W pierwszej kolejności najbardziej innowacyjne leki otrzymują pacjenci, którzy najbardziej tego potrzebują. Wiem, że oczekiwania są dużo większe – obecnie w programie lekowym są trzy leki, są też oczekiwania zmiany kryteriów wejścia do programu.

Głównym problemem jest koszt terapii. Jeśli chodzi o pacjentów potrzebujących leku, który już się zgeneryzował, to myślę, że nie stanowi to żadnego problemu, czyli mogą go otrzymać wszyscy, którzy tego potrzebują. W przypadku pozostałych pacjentów, którzy potrzebują bardziej kosztownych leków, to wiele zależy od uzyskanych cen (w negocjacjach – przyp. red.) przy wejściu do programu kolejnych innowacyjnych leków. Jeśli dotyczą one tej samej grupy pacjentów, to bardzo często ceny spadają i wówczas jest możliwość poszerzenia wskazań refundacyjnych.

Jednak to dopiero połowa sukcesu, ponieważ druga część jest związana z możliwościami płatnika i podpisywania umów z NFZ przez świadczeniodawców (szpitale), a później z płaceniem za wszystkich pacjentów włączonych do leczenia. To odrębny problem. Ministerstwo musi tak szacować poszerzanie wskazań do programów lekowych, żeby NFZ był w stanie udźwignąć i zapłacić za wszystkich pacjentów, którzy są kwalifikowani do danego programu lekowego.

Mówimy o kosztach leczenia chorób rzadkich, które często są bardzo wysokie. Bardzo wysokie są jednak również koszty nieoptymalnego leczenia. W przypadku miastenii koszty społeczne są kilka razy wyższe. Czy oceniając leki i włączając pacjentów do innowacyjnego leczenia, powinno się w większym stopniu brać po uwagę koszty społeczne?

I tak, i nie, ponieważ i tak NFZ musi mieć na to pieniądze. Jeśli tak byśmy podchodzili do oceny leków, to powinniśmy zmienić nakłady na system ochrony zdrowia, uzasadniając, że zwiększenie składki zdrowotnej np. z 9 na 10 proc. będzie efektywniejsze dla społeczeństwa.

NFZ mierzy się dziś z problemem finansowym zapłacenia za wszystkie świadczenia gwarantowane, na które aktualnie pacjenci oczekują w kolejce, zarówno w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, jak w diagnostyce, szpitalnictwie, jak również w programach lekowych.

A gdyby koszty NFZ połączyć z kosztami, które ponosi ZUS?

To nieco inna sytuacja, ponieważ jeśli ZUS wypłaca renty, to można byłoby za te pieniądze sfinansować leczenie. Wówczas mogłoby być inne podejście do efektywności poszczególnych terapii.

Czytaj też:
Problemy z chodzeniem, mówieniem. Pacjenci z tą chorobą potrzebują lepszego dostępu do nowych terapii

Drugim elementem byłoby wzięcie pod uwagę wydatków NFZ i świadczeń chorobowych. Ewidentnie widać, że skuteczniejsze, szybsze leczenie, krótszy okres rekonwalescencji wpływają na skrócenie zwolnień lekarskich, czyli na koszty systemowe, zarówno pracodawców, jak ZUS.

Czytaj też:
Choroby rzadkie pod lupą. „Są możliwości skutecznego leczenia, wykorzystajmy je”