Katarzyna Pinkosz: W 2025 roku zamknęło się 26 oddziałów położniczych, a ostatnio nie ma tygodnia, żeby nie pojawiały się informacje o zamykaniu kolejnych porodówek. Od końca stycznia ma obowiązywać rozporządzenie umożliwiające w ich miejsce tworzenie dyżurnych sal porodowych, interwencyjnych punktów położniczych, „izb narodzin” przy SOR-ach lub izbach przyjęć. „To cofnięcie o 20 lat opieki okołoporodowej, prowizorka” – tak mówili niektórzy posłowie opozycji. Polki będą rodzić na SOR-ach?
Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski: Polki nie będą rodzić na SOR, a proponowane rozwiązanie o nic nas nie cofa; wręcz przeciwnie, nasze rozwiązania zwiększają bezpieczeństwo kobiet rodzących. Interwencyjny punkt położniczy, sala narodzin, to miejsce awaryjne: w przypadku, gdyby poród był tak zaawansowany, że kobieta nie zdąży dojechać do oddziału położniczego, będzie mogła urodzić w pokoju narodzin. Tam nie mają się odbywać porody planowe. To miejsce awaryjne, pomocnicze. Kobiety będą rodzić na oddziałach położniczych.
Wróćmy do likwidowanych porodówek. W 2025 roku zostało zlikwidowanych 26 oddziałów, w tym roku są sygnały o kolejnych. Czy wiemy, ile w Polsce powinno być oddziałów położniczych?
Na pewno wciąż jest ich za dużo, gdy porównamy naszą populację do populacji w innych krajach, jak kraje skandynawskie, Hiszpania czy Portugalia, które „odrobiły” taką lekcję już wcześniej. Gdy przeliczymy oddziały na liczbę mieszkańców, jak również weźmiemy pod uwagę warunki komunikacyjne, to okaże się, że wciąż mamy za dużo oddziałów położniczych.
W wielu województwach, których populacja odpowiada Warszawie, funkcjonuje kilkadziesiąt oddziałów porodowych. Jest ich za dużo, co powoduje, że odbywa się w nich niewiele porodów. A to może być zagrożeniem dla kobiet. Są szpitale, w których odbywają się 2-3 porody w tygodniu. To nie jest bezpieczne dla kobiety.
Ile porodów powinno odbywać się na oddziale?
Normy Międzynarodowej Federacji Ginekologii i Położnictwa (FIGO) i Światowej Organizacji Zdrowia mówią, że dla zapewnienia bezpieczeństwa na oddziale położniczym, optymalna liczba porodów powinna wynosić powyżej 1000 rocznie, co oznacza 3 porody dziennie. Oczywiście, to może być trudne, żeby uzyskać w Polsce taką liczbę porodów w przeliczeniu na oddział, ponieważ dojazd do oddziału położniczego nie powinien przekroczyć 40 minut – to jest drugie zalecenie WHO i FIGO. Dłuższy dojazd (40-60 minut) jest dopuszczony w przypadku konieczności rodzenia w ośrodku wysoko specjalistycznym, ale taki poród jest zwykle wcześniej planowany; trafiają tam kobiety w trudniejszych przypadkach lub z ośrodków niższego poziomu opieki.
Uważam, że po to, by poród był dla kobiety i dziecka bezpieczny, to na oddziale powinno odbywać się minimum średnio 1,5-2 porody dziennie, czyli ok. 500-600 rocznie. Obecnie tworzymy nową mapę potrzeb zdrowotnych. Być może trzeba będzie zastanowić się, wspólnie z konsultantem wojewódzkim w dziedzinie ginekologii i położnictwa, wojewodą i miejscowymi samorządami, czy oddział, w którym odbywa się 400-500 porodów nie jest również dobrym rozwiązaniem.
Mówimy o zamykanych porodówkach, jednak one zamykają się z różnych przyczyn. Rodzi się coraz mniej dzieci, a z drugiej strony kobiety często wybierają miejsce porodu w dalszej odległości. Doskonale pokazuje to przykład szpitala powiatowego w Kartuzach – już od kilku lat kobiety wybierają ten szpital, dojeżdżając nawet więcej niż 40 km, choć były bliżej inne porodówki. Obecnie w tym szpitalu odbywa się ponad 2 tysiące porodów rocznie. Kobiety wybierają ten szpital, ze względu na większe bezpieczeństwo, komfort, wysokiej jakości opiekę. A drogi na Kaszubach nie są inne niż np. na Mazurach czy Podlasiu.
Mamy w Polsce bardzo zły trend demograficzny: co roku rodzi się coraz mniej dzieci. Czy ta sytuacja zamykania porodówek nie spowoduje, że część kobiet jeszcze bardziej będzie obawiała się zachodzić w ciążę?
Nie sądzę. Popatrzmy na Norwegię, w której jest 80 szpitali z oddziałami położniczymi. Współczynnik dzietności jest wyższy niż w Polsce. Nie jest to więc zależne od odległości do miejsca porodu. Do porodu kobieta może dojechać własnym transportem lub karetką, czas dojazdu szacowany jest na 60 minut, a czasem dłużej. Nie powstrzymuje to chęci rodzenia dzieci.
Można łatwo sprawdzić, w których szpitalach w Polsce kobiety chętniej rodzą, a w których nie. Decyduje nie tylko odległość, ale inne czynniki, takie jak jakość opieki, możliwość łagodzenia bólu, wykonania znieczulenia. Słyszymy, że w niektórych powiatach porodówce grozi zamknięcie, a 30 km dalej porodów przybywa. Warto zastanowić się, dlaczego kobiety wybierają określone szpitale. Kobiety chcą rodzić tam, gdzie są najlepsze warunki, dobre są jakość usług i komunikacja z personelem, dodatkowe świadczenia okołoporodowe: to wszystko ma znaczenie. Kobiety są dziś świadome, wiedzą co im się należy zgodnie ze standardem opieki okołoporodowej i to egzekwują. A jeśli nie mogą wyegzekwować, to wybierają inne miejsce porodu.
Jak to więc ma wyglądać od lutego? W jaki sposób szpital ma zorganizować „salę narodzin”, jeśli zamknie oddział położniczy? Np. szpital w Lesku – tu dojazd wielu kobiet do najbliższego szpitala znacznie przekroczy godzinę.
Likwidowane oddziały położnicze często przekształcają się w oddziały ginekologiczne, ponieważ nasze społeczeństwo starzeje się, więc zapotrzebowanie na leczenie ginekologiczne rośnie. W szpitalu zostają więc ginekolodzy. W Lesku do tej pory funkcjonował oddział położniczo-ginekologiczny, dlatego na pewno były tam sale porodowe i niezbędny sprzęt. W jednym z pomieszczeń można przygotować tzw. pokój narodzin.
Jednak żeby taki interwencyjny punkt położniczy uruchomić, szpital musi uzyskać pozytywną opinię konsultanta wojewódzkiego i spełnić określone warunki. Musi być codziennie zapewniona opieka ginekologa i położnej w trybie ambulatoryjnym, czyli w przychodni. Poza tym w szpitalu musi być zatrudniona dyżurna położna, która – jeśli będzie wezwanie – pojedzie wraz z oddziałem ratownictwa do miejsca zamieszkania kobiety i oceni sytuację.
Głównym zadaniem takiego zespołu będzie zawiezienie rodzącej kobiety do szpitala z funkcjonującym oddziałem ginekologiczno-położniczym. Będzie jej towarzyszyć położna – to bardzo duże udogodnienie dla kobiety, będzie się czuła bezpieczniej. Gdyby okazało się jednak, że poród gwałtownie postępuje, karetka może przywieźć kobietę do pobliskiego szpitala, w którym jest stworzony interwencyjny punkt położniczy, gdzie może być przyjęty poród. Kobieta może również sama w każdej chwili tu przyjechać i zostanie objęta opieką.
Czyli nie będą to porody na izbach przyjęć, na SOR-ach, gdzie są też inni chorzy?
Oczywiście, że nie. W rozporządzeniu jest mowa o SOR-ach, ale nie tam ma się odbywać poród. Szpital, który chce stworzyć salę narodzin, musi mieć SOR lub izbę przyjęć, żeby w razie czego móc interweniować.
A jeśli karetki na miejscu nie będzie, bo wyjedzie z pilnym wezwaniem od chorego czy np. do wypadku?
Karetka musi być cały czas zapewniona, to jest wymóg w rozporządzeniu. System musi być tak zorganizowany, żeby karetka była przez cały czas dostępna.
Karetka będzie czekała mimo, że może w ogóle nie dostać żadnego wezwania? To jest realne, żeby szpitale miały karetki czekające w pogotowiu na wezwanie?
Taki jest wymóg, będziemy to kontrolować. Jest zapewnione finansowanie takiego rozwiązania, oczywiście po podpisaniu kontraktu. Szpitale muszą zapewnić stale dostępną karetkę, jeśli chcą podjąć się sprawowania takiej opieki i utworzenia interwencyjnego punktu położniczego.
Szpitale będą tym zainteresowane? Finansowanie takiego punktu będzie „od porodu”, czy ryczałtowo, za gotowość?
Finansowanie będzie zapewnione ryczałtowo, miesięcznie, niezależnie od tego, czy poród się odbędzie.
A co wtedy, jeśli szpital likwidujący porodówkę nie będzie zainteresowany utworzeniem takiego interwencyjnego punktu?
Może okazać się to niepotrzebne, jeśli odległość do innego oddziału położniczego jest wystarczająca. Nie zakładamy, że każdy likwidowany oddział będzie potrzebował utworzenia takiego punktu.
Jak pokazują analizy, które wykonujemy już od kilku miesięcy, a które niedługo upublicznimy, w całej Polsce będzie konieczność utworzenia zaledwie kilku takich miejsc – uwzględniając wymogi transportowe i odległościowe.
Decyzja zawsze zapada w regionie – wojewoda z konsultantem w dziedzinie ginekologii i położnictwa podejmują decyzję, jak na ich terenie ma wyglądać sieć szpitali i oddziałów, by zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne kobiet ciężarnych. Przeprowadzamy analizy, chcemy udostępnić wojewodom takie narzędzie, by ten proces odbywał się w sposób cywilizowany, a przede wszystkim bezpieczny dla kobiet.
Wojewoda może się nie zgodzić na zamknięcie oddziału?
Tak, chociaż i tak organ założycielski może taką decyzję podjąć. Po to jest jednak ustawa umożliwiająca konsolidację szpitali, żeby pozwolić dwóm, trzem szpitalom skonsolidować swoje działania i zadecydować, w którym szpitalu pozostanie oddział położniczy.
Położne w Polsce są bardzo dobrze wyszkolone, mogą odbierać porody. Jeśli jednak – co teoretycznie może się zdarzyć – w takim punkcie położna nie będzie miała praktyki, po pewnym czasie może mieć problem z właściwą oceną…
To prawda, dlatego szpital musi tak zorganizować pracę, by ew. zapewnić możliwość doszkalania. Jednak doświadczona położna będzie potrafiła odebrać poród. Poza tym zarówno położna jak lekarz, bez względu na specjalizację, ma obowiązek przyjąć poród fizjologiczny.
Takie sytuacje zdarzają się jednak rzadko. Dlatego jeszcze raz powtórzę: interwencyjne punkty położnicze to nie są miejsca, w których mają planowo odbywać się porody. One mogą tam się odbyć incydentalnie, a ta incydentalność będzie znacznie lepiej zabezpieczona niż w przypadku porodu np. w taksówce. Szpital, który zatrudnia ginekologa, położną, w którym jest oddział ginekologiczny i w razie potrzeby – SOR, który zapewnia karetkę, będzie wspomagać kobiety, sprawi że będą bezpieczniejsze.
Nie jest to jednak żadna „alternatywa” dla porodówek. To miejsca, gdzie można udzielić pomocy, zdiagnozować, zapewnić bezpieczny transport do szpitala z oddziałem położniczym.
Zamykanie porodówek to kwestia bardzo wrażliwa społecznie, zwłaszcza w mniej zamożnych regionach Polski. Czy jest planowana kampania informacyjna skierowana do tych kobiet, że będą bezpieczne?
Cały czas staramy się komunikować, że zaproponowane rozwiązanie zwiększy bezpieczeństwo rodzących kobiet. Kobiety, z którymi rozmawiam, rozumieją ten problem doskonale i zgadzają się z tym, że jeśli w danym szpitalu przychodzi na świat niewiele dzieci, to dla dobra kobiet rodzących lepiej by porody odbywały się gdzie indziej.
Czy w Polsce da się tak zorganizować system jak w Norwegii – że karetka bez przeszkód przyjedzie i zawiezie w razie konieczności kobietę do oddziału położniczego?
Jak najbardziej; jeśli takie rozwiązania funkcjonują w innych krajach, to dlaczego nie w Polsce?
Będziemy też zwiększać bezpieczeństwo zdrowotne kobiet, rozszerzając usługi cyfrowe i telemedycynę. Obecnie w województwie pomorskim wojewoda, wspólnie z konsultantem wojewódzkim w zakresie ginekologii i położnictwa, uruchomili program opieki nad kobietami w ciąży w zakresie wyposażenia je w zdalne KTG. Wcześniej odbywały się programy pilotażowe, ale w bardzo małych rejonach. Programem ma być objęte całe województwo.
Został on pozytywnie zaopiniowany przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji; jeśli spełni oczekiwania, to będziemy starać się wdrażać go w całej Polsce. Na pewno zwiększy to jeszcze bardziej bezpieczeństwo kobiet w ciąży, zwłaszcza, że będziemy nadal rozwijać świadczenia telemedyczne, by kobieta w ciąży mogła np. online łączyć się ze swoją położną i lekarzem, a także by lekarze mieli możliwość konsultowania się z kolegami z ośrodków o wyższej referencyjności. Dzięki pieniądzom z Krajowego Programu Odbudowy (KPO) tworzymy nowoczesne usługi cyfrowe – takie jak centralna e-rejestracja, e-konsylium, platforma DOM, czyli monitoring domowy opieki medycznej. To jeszcze bardzie zwiększy bezpieczeństwo – także kobiet w ciąży. W tym kierunku chcemy iść.
Dr n. med. Tomasz Maciejewski, wiceminister zdrowia, specjalizuje się w ginekologii, położnictwie i perinatologii, autor wielu publikacji naukowych, książek i artykułów z dziedziny położnictwa i ginekologii, perinatologii, zdrowia publicznego, innowacji technologicznych w medycynie. Lider grupy roboczej ds. innowacji w szpitalnictwie przy NIL IN – Sieci Lekarzy Innowatorów. Od 2012 r. kierował Instytutem Matki i Dziecka.
Czytaj też:
Zamykanie porodówek. Wiceminister: „Stop dezinformacji, kobiety nie będą rodzić na SOR”.
.
