W poprzednich częściach rozmowy dr n. med. Paweł Grabowski opowiadał o swojej drodze do medycyny paliatywnej, tworzeniu pierwszego w Polsce wiejskiego hospicjum oraz o modelu opieki, który – choć skuteczny i doceniony – wciąż nie został wdrożony systemowo. Mówił też o najtrudniejszej codzienności: braku lekarzy, przemęczeniu zespołu i samotności pacjentów u kresu życia.
W ostatniej części wywiadu założyciel i prezes Hospicjum Proroka Eliasza pokazuje szerszą perspektywę: jak zmienia się podejście do hospicjum, dlaczego umieranie wciąż jest częścią życia i co daje mu siłę do dalszej pracy. To także osobista opowieść o przemijaniu, wdzięczności i o tym, co w życiu naprawdę okazuje się najważniejsze.
Anna Kopras-Fijołek, NewsMed, Wprost: Podkreśla pan doktor, że to życie tak szybko przemija, dlatego trzeba robić nie rzeczy ważne, ale – najważniejsze. Ma pan, doktor, poczucie, że robi właśnie te najważniejsze?
Dr Paweł Grabowski: Tak… Myślę, że ja i osoby, które ze mną tutaj współpracują, mamy poczucie, że nie tylko robimy rzeczy najważniejsze, ale w jakiś sposób, chociaż po kropelce, zmieniamy tę rzeczywistość na lepszą. Odczarowujemy troszkę hospicjum. Próbujemy pokazać je jako miejsce, które jest pełne ludzi żyjących. Nawet umieranie jest ciągle jeszcze życiem. Można umrzeć zdrowszym, można umrzeć bardziej chorym, w lepszej i gorszej formie.
Jak was przyjmowano na początku?
Kiedy zaczynaliśmy 16 lat temu pracę na Podlasiu, pytano nas: „Czy państwo przyjeżdżacie oznakowanym samochodem? Jak oznakowanym, to nie przyjeżdżajcie”. Albo: – „Proszę zatrzymajcie się dwie chaty dalej, żeby sąsiedzi nie widzieli, że wy do mnie przyjeżdżacie. Bo wstyd, że ja nie radzę sobie z chorym ojcem czy z chorą matką”. Po wielu latach naszej pracy ludzie już sobie nas wzajemnie polecają, widzą, że nie jest żaden wstyd. Tłumaczymy – cierpienie jest tak złożoną rzeczywistością, że jedna osoba, która nie jest profesjonalistą czy profesjonalistką, nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Nagle na kogoś – na córkę czy małżonkę, spada nieuleczalna choroba bliskiej osoby, trzeba się nią zająć, a ten współmałżonek, syn czy córka nie jest pielęgniarką, nie jest lekarzem, nie jest być może najlepszą kucharką czy kucharzem na świecie. Nagle spada na kogoś taka rola – trzeba być 24 godziny na dobę kucharką, sprzątaczką, salową, pielęgniarką. Może jeszcze nawet psychologiem. A tu człowiek nie ma o tym bladego pojęcia.
Na konferencji w Ottawie wspomniano o tej właśnie ogromnej roli wzmacniania społeczności lokalnej. To też robimy. Dużo uczymy. Prowadzimy zajęcia dla studentów medycyny, studentów farmacji, studentów pielęgniarstwa. Dla młodzieży, dla dzieci. Mamy też zajęcia np. w kołach gospodyń wiejskich. Jesteśmy zapraszani do świetlic wiejskich. Zdarza się, że na przykład fizjoterapeuta prowadzi wykład, w jaki sposób przekładać bliską osobę leżącą plackiem w łóżku. Żeby oszczędzić własny kręgosłup. Znowu wracamy do kosztów zaniechania. Gdybyśmy tego nie zrobili, trzeba byłoby kiedyś tej osobie być może płacić za rehabilitację. Zrefundować leki przeciwbólowe. Jeżeli nauczymy, jak to robić, te koszty także dla państwa będą mniejsze. Robimy to. Pani psycholog jedzie, by opowiadać, jak to jest, że ta osoba, która była taka kochana, dobra, tak się zmienia, teraz – zależna, staje się niedobra, pyskata, agresywna. Widzimy, że mamy możliwość realnie zmieniać naszą lokalną rzeczywistość, ale też wpływać na tą szerszą. Oddziaływać bardziej globalnie.
Czy samo Podlasie zmieniło się, kiedy porównuje je pan doktor z tym, co zastał ponad 15 lat temu?
Wtedy pisałem, że jeżdżę dziurawymi drogami, których teraz ze świecą szukać. Bardzo poprawiła się infrastruktura, drogi. Nasze relacje z pacjentami, z rodzinami, z jednej strony są lepsze, bo zdobyliśmy zaufanie. Z drugiej strony – nie, bo media cały czas budują obraz nieprzyjaznych lekarzy, nieprzyjaznych pielęgniarek. Ludzie często bardziej wierzą doktorowi Google niż profesjonalistom. Trudno jest w tej chwili dojść, co jest prawdą, co nie jest prawdą w mediach społecznościowych. Z tego względu nie jest łatwo. W pewnych rzeczach jest łatwiej, w pewnych trudniej, po prostu – inaczej. Trzeba na to elastycznie reagować, żeby być skutecznym w działaniach.
Wspomniał pan doktor o incydencie sprzed lat – zatrzymaniu akcji serca… O związanej z tym refleksji. Podlasie – życie i praca tutaj – przyniosły kolejne refleksje dotyczące życia, przemijania…
Któregoś dnia, kiedy wsiadłem do pociągu, spotkałem znajomego. Opowiedziałem mu, że właśnie niedawno obchodziłem 60-te urodziny. Zapytał: – Co wtedy czułeś – jak ci śpiewali „100 lat”? Pomyślałem: kurcze, tak naprawdę przeogromną radochę z każdego przeżytego dnia! Chociaż trudnych dni był też ogrom, ale doprowadziły mnie w takie, a nie inne miejsca. Przeżycie tej 60-tki daje dystans, umiejętność cieszenia się, że tyle pięknych rzeczy wydarzyło się w moim życiu. Każdy kolejny przeżyty dzień jest na wagę złota.
Marzenia Pana doktora?
Mieć czas na wypoczynek, mieć czas na pasje. Większość marzeń moich już się spełniła. Marzyłem niedawno – takie chłopięce jeszcze marzenie – żeby kierować choć przez chwilę wielką, żółtą maszyną, rolniczą albo budowlaną, która ma koło większe ode mnie. No i zostałem zaproszony do gospodarstwa rolnego, miałem możliwość wejść po drabinie na przeogromny traktor i się nim przejechałem.
Mam jeszcze jedno marzenie – chcę zobaczyć zorzę polarną. Kiedyś więcej żeglowałem, ale może uda mi się jeszcze kiedyś popłynąć w okolice Norwegii i zobaczyć prawdziwą zorzę polarną.
ZOBACZ też wcześniejsze części wywiadu z dr Pawłem Grabowskim:
Nie odpuścił marzenia o medycynie. Droga, która zaczęła się od porażki, zmieniła wszystko (cz. 1)
„Zakochałem się w medycynie paliatywnej”. Decyzja, która zaprowadziła go na Podlasie (cz. 2)
Hospicjum na końcu świata. „Na wsi choruje się i umiera inaczej” (cz. 3)
Ten model hospicjum działa lepiej i taniej. Polska go nie wykorzystuje (cz. 4)
„To nie jest jak w filmach”. Lekarz: w hospicjum umiera rocznie 300 osób (cz. 5)
