Prezes NRL: Ustawa proponowana przez MZ pogorszy dostępność do świadczeń. Projekt oceniamy negatywnie

Prezes NRL: Ustawa proponowana przez MZ pogorszy dostępność do świadczeń. Projekt oceniamy negatywnie

Dodano: 
Spotkanie NRL z dzienikarzami
Spotkanie NRL z dzienikarzami Źródło: NewsMed / Adrian Dąbek
Samymi zakazani nie się nie uzdrowi systemu, reglamentacja świadczeń lekarskich może doprowadzić do tego, że część lekarzy zostanie wypchnięta z publicznego systemu ochrony zdrowia, co pogorszy dostępność do świadczeń – mówi Łukasz Jankowski, prezes NRL.

Nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, która ma wprowadzić limity wynagrodzenia pracowników medycznych pracujących na kontraktach i ograniczyć czas pracy lekarzy, jest obecnie na etapie konsultacji publicznych.

Samorząd ocenia projekt negatywnie

Swoje uwagi do projektu wniósł samorząd lekarski. „Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej po zapoznaniu się z projektem ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw, negatywnie ocenia projekt” – brzmi oficjalne stanowisko.

NRL zaznacza, że ustawodawca skupił się na wprowadzeniu rozwiązań, które mają reglamentować pracę lekarzy, natomiast nie wprowadza rozwiązań, które w dostateczny sposób wspierałyby poprawę finansowania opieki zdrowotnej.

„Samorząd lekarski opowiada się za zwiększeniem przejrzystości umów w zakresie świadczeń finansowanych ze środków publicznych, ograniczeniem rażących, niedających się usprawiedliwić dysproporcji płacowych kadry medycznej i odpolitycznieniem ochrony zdrowia, jednakże zastosowane w projekcie mechanizmy są nieadekwatne i nazbyt rygorystyczne, co doprowadzi do ograniczenia liczby świadczeń, likwidacji części poradni oraz nadmiernego obciążenia dużych ośrodków pacjentami, którzy obecnie są leczeni bliżej swojego miejsca zamieszkania”.

Krytyczne uwagi NRL dotyczą w sumie 25 elementów projektu ustawy.

Ustawa pogorszy dostępność do świadczeń

Przedstawiciele samorządu lekarskiego podczas spotkania z dziennikarzami odnieśli się do propozycji zawartych w projekcie.

– Chcielibyśmy opowiedzieć o tym, jak te proponowane zmiany mogą wpłynąć na system – powiedział Łukasz Jankowski, prezes NRL.

– Ten projekt trochę przypomina pacjenta z zapaleniem płuc, który jednocześnie ma gorączkę i ministerstwo zamiast leczyć zapalenie płuc, proponuje podawanie leków przeciwgorączkowych. Bo a nuż gorączka zejdzie i nikt nie zauważy, że zapalenie płuc dalej tego pacjenta trawi – zaznaczył.

Zdaniem samorządu diagnoza, która jest stawiana i przyczyny, które są podawane przez MZ, nie dotykają istoty problemu.

– Samymi zakazani nie się nie uzdrowi systemu, reglamentacja świadczeń lekarskich może doprowadzić do tego, że część lekarzy zostanie wypchnięta z publicznego systemu ochrony zdrowia – mówił.

Podkreślił, że największym problemem w systemie ochrony zdrowia jest dostępność do świadczeń, a projekt ustawy może ją pogorszyć.

– Reformy w tym kształcie nie nazywamy reformą, ale raczej regresem – zaznaczył.

Największym problemem jest zła wycena procedur

Przypomniał o trzech głównych postulatach proponowanych przez samorząd. Chodzi o:

  • unormowanie czasu pracy, ograniczenie go do mniej więcej dwóch etatów, czyli 78 godzin w tygodniu,
  • zmianę wyceny procedur,
  • odpolitycznienie systemu ochrony zdrowia.
Z przykrością stwierdzamy, że projekt ministerialny nie dotyka istoty problemu, czyli wyceny procedur medycznych – podkreślił.

Dodał, że rząd nie wyciągnął wniosków z afery związanej z Dawidem Kacprzykiem, a proponowana zmiana dotyczy głównie „ośmiu lat więzienia dla lekarza, który będzie źle wypełniał grafik pracy”. – To próba odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów – zaznaczył.

Ograniczenie czasu pogorszy dostępność

– Jeżeli ministerstwo chce przymusić lekarza do pracy w wymiarze minimum pół etatu w jednym miejscu, może się okazać, że taki lekarz nie będzie w stanie przez te regulacje pracować w innych miejscach, co doprowadzi do pogorszenia dostępności do świadczeń – mówił Jankowski.

To może doprowadzić również do zamykania oddziałów, a nawet całych szpitali. – Jeżeli dyżuranci przestaną dojeżdżać na dyżury na oddziały interny czy chirurgii, to może się okazać, że oddziały trzeba będzie zamykać – podkreślał.

To nie lekarze chcieli kontraktów

Zaznaczył, że problemy z wynagrodzeniem lekarzy wynikają z tego, że rząd Ewy Kopacz wprowadził kontrakty jako formę wykonywania pracy.

– To nie lekarze chcieli być przedsiębiorcami i chcieli w taki sposób funkcjonować. To rządzący doprowadzili do tego, żeby system w ten sposób podtrzymywać. Dyrektorzy szpitali zaczęli sięgać po lekarzy kontraktowych, po lekarzy walizkowych, dyżurantów – zaznaczył.

Tak ten system został zaprojektowany i teraz zrzucanie winy na lekarzy jest po prostu niesprawiedliwe i nieuczciwe – dodał

Nowelizacja powstała w cztery dni

Jankowski zaznaczył, że ustawa wprowadzająca zmiany powstała w zaledwie cztery dni i ma być wprowadzona w życie jeszcze w tym roku. Jego zdaniem przedstawiony projekt zawiera „bardzo dużo wyłączeń i obejść”.

– Sama ustawa już prowokuje do tego, żeby szukać sposobów jej obejścia. Uważamy, że jest to papierek lakmusowy dla intencji resortu, czyli zrobić na szybko coś, co zaspokoi chęć zmian, ale ta zmiana może pozostać tylko papierowa – podsumował.

Zaznaczył, że lekarze będą mieli do wyboru dwie alternatywy: albo pogorszy się dostępność do świadczeń, szpitale powiatowe zaczną upadać i nastąpi niekontrolowana prywatyzacja, albo ustawa nie zmieni absolutnie nic ze względu na zawarte w niej liczne obejścia.

– Z tych dwóch dróg wolimy uniknąć scenariusza, w którym ucierpi dostęp do leczenia dla pacjentów – podkreślił.

Tego obawiają się dyrektorzy szpitali

Marcin Karolewski, członek Naczelnej Rady Lekarskiej i prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menadżerów, podkreślał, że samorząd lekarski chce patrzeć na planowane zmiany także z perspektywy osób, które na co dzień odpowiadają za funkcjonowanie szpitali. Dlatego przeprowadzono ankietę wśród dyrektorów medycznych tych placówek. Odpowiedzi udzieliło ok. 10 proc. szpitali w kraju.

Z ankiety wynika, że 66 proc. dyrektorów przewiduje pogorszenie sytuacji w szpitalnictwie po wprowadzeniu zmian, a 73 proc. obawia się odpływu lekarzy do sektora prywatnego. Połowa badanych widzi ryzyko zamknięcia poszczególnych oddziałów, a 15 proc. obawia się wręcz likwidacji całej placówki.

– Największe obawy dotyczące odejścia lekarzy występują wśród dyrektorów, którzy reprezentują szpitale na drugim i trzecim poziomie zabezpieczenia, czyli szpitale specjalistyczne – dodał.

Dyrektorzy zostali również zapytani o możliwe konsekwencje zmian dla kształcenia nowych lekarzy, bo szpitale powiatowe są podstawowym miejscem odbywania specjalizacji, staży i kształcenia podyplomowego. – 45 proc. dyrektorów obawia się problemów z kształceniem lekarzy – mówił.

Wśród specjalizacji, w których ankietowani przewidują największe problemy kadrowe, wymieniono anestezjologię, medycynę ratunkową i radiologię.

Likwiduje się skutki a nie przyczyny

Joanna Harbuzińska-Turek, zastępczyni dyrektora ds. medycznych szpitala w Wolsztynie, zwracała uwagę, że przy tak daleko idących zmianach kluczowe powinno być jasne określenie, jaki efekt mają przynieść zarówno szpitalom, jak i pacjentom.

– Ani poprzednie rządy, ani obecny rząd, nie podjęły próby wprowadzenia realnych zmian polepszających stan w ochronie zdrowia. Teraz próbuje się likwidować skutki, a nie przyczyny – zaznaczyła.

Podkreślała, że kontrakty lekarskie wynikają z ustawy o działalności leczniczej, która zrobiła z lekarzy przedsiębiorców. Szpitale zgodnie z prawem prowadzą postępowania konkursowe, a stawki oferowane lekarzom są w dużej mierze efektem sytuacji rynkowej, niedoborów kadrowych w określonych specjalizacjach oraz problemów z wyceną świadczeń.

– To rynek dyktuje te stawki. Te szokujące społecznie kwoty są pochodną nieracjonalnej wyceny świadczeń i niedoborów kadrowych w konkretnych specjalizacjach czy regionach. To rynek powoduje, że takie sytuacje się zdarzają – mówiła.

Zwróciła także uwagę na bardzo długi czas pracy części lekarzy. – Duże emocje budzą przypadki pracy przez 300 czy 400 godzin w miesiącu, z pominięciem kodeksu czy inspekcji pracy, ale taki model funkcjonował przez lata w ramach obowiązujących przepisów – zaznaczyła.

Czytaj też:
Pierwsze uwagi do ustawy wprowadzającej limit wynagrodzeń medyków. „Stawka godzinowa jest zawyżona”
Czytaj też:
Apel do prezydenta w sprawie lex szarlatan. „Potrzebny sygnał, że Polska stoi po stronie nauki”

Źródło: NewsMed