Premier: porodówka działa. Dyrektor: „Nie mam pieniędzy na pensje”

Premier: porodówka działa. Dyrektor: „Nie mam pieniędzy na pensje”

Dodano: 
Szpital w Lesku
Szpital w Lesku Źródło: Szpital Lesko
Premier Donald Tusk powiedział, że porodówka w Lesku działa. W praktyce oddział jest zamknięty, a szpital walczy o przetrwanie. „Nie mam pieniędzy nawet na połowę pensji” – mówi dyrektor i ostrzega, że bez pilnej pomocy sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

Szpital w Lesku od miesięcy zmaga się z narastającymi problemami finansowymi i kadrowymi. W debacie publicznej pojawiły się jednak sprzeczne informacje – premier Donald Tusk stwierdził niedawno, że porodówka w Lesku nie jest zamknięta. Tymczasem oddział ginekologiczno-położniczy w tej placówce faktycznie został zamknięty. Z powodu braków kadrowych. Nowy p. o. dyrektora Mirosław Leśniewski przyznaje, że skala problemów zaskoczyła go nawet jako doświadczonego menedżera

Anna Kopras-Fijołek, NewsMed, Wprost: Dlaczego zdecydował się pan objąć funkcję dyrektora?

Mirosław Leśniewski, p. o. Dyrektora SP ZOZ w Lesku: Szczerze mówiąc, sam sobie czasami zadaję to pytanie. Interesowałem się tym szpitalem od dawna, uczestniczyłem w tworzeniu programu naprawczego, który ostatecznie nie został wdrożony. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że sytuacja jest aż tak trudna. Dla mnie jako menedżera to po prostu niewyobrażalne, jak można doprowadzić szpital do takiego stanu.

Kto odpowiada za tę sytuację?

To efekt wielu lat i wielu decyzji – menedżerów, organów założycielskich, nadzorczych, ale też systemu. To wszystko się na siebie nałożyło. Trudno wskazać jednego winnego.

Czyli to raczej splot błędów niż jedna decyzja?

Tak. To w tej chwili taki węzeł gordyjski. Szpital ma też swoją specyfikę – jest na peryferiach, mała gęstość zaludnienia, trudny dostęp. To wszystko ma znaczenie.

Tworzył pan wcześniej program naprawczy. Wtedy była szansa?

Tak, wtedy było światełko w tunelu. Zakładaliśmy, że w ciągu 2–3 lat szpital mógłby się bilansować.

Co najbardziej pana zaskoczyło po objęciu funkcji?

To, że nie ma pieniędzy na nic i nikt nie chce pomóc. Program naprawczy wymaga kredytu konsolidacyjnego – około 130 mln zł. Bez tego trudno mówić o jakichkolwiek działaniach.

„Nie mam pieniędzy nawet na połowę pensji”

Jaka jest dziś sytuacja finansowa szpitala?

Fundusz płac przekracza wpływy. Gdy obejmowałem funkcję, było to 2 proc., teraz to już prawie 8 proc – z powodu obniżenia kontraktu o 3,5 mln zł. W tej chwili nie mam pieniędzy nawet na połowę pensji.

Co jeszcze pogłębia kryzys?

Mamy około 30 pozwów od pielęgniarek dotyczących wynagrodzeń. Do tego ogromne zadłużenie i spirala kredytów – brano kolejne kredyty na spłatę poprzednich.

Czy głównym problemem są dziś wynagrodzenia?

Tak. W tej chwili szpital „dobijają” pensje, które trzeba wypłacać, a nie ma na to pokrycia w przychodach.

Czy widzi pan realną szansę na uratowanie szpitala?

Nie wiem. Wcześniej wydawało mi się, że uda się przynajmniej wypracować środki na pensje. Teraz sytuacja całkowicie się „rozjechała”.

Co jest dziś największym problemem w zarządzaniu?

Brak elastyczności systemu. Gdziekolwiek dzwonię, słyszę: „takie mamy procedury, nic nie możemy zrobić. Nie powinienem o tym wszystkim pani mówić… Jak słyszą, że szpital jest aż tak zadłużony, następnego dnia mam egzekucje komornicze na koncie.

Może jednak lepiej mówić – może ktoś wam w końcu pomoże? Może np. wydzierżawi część szpitalnych pomieszczeń na działalność związaną z opieką zdrowotną?

A skąd wziąć pacjentów, jak tu diabeł mówi: dobranoc?…

„Znalazłem tu fantastycznych ludzi”

Dlaczego mimo wszystko nadal chce pan ratować szpital?

Bo znalazłem tu fantastycznych ludzi. Ta załoga naprawdę chce pomóc. Gdyby było inaczej, już dawno bym zrezygnował.

Czy udało się już cokolwiek uratować?

Tak, oddział dziecięcy. To oddział, który musi istnieć – inaczej byłaby to tragedia dla pacjentów. Były problemy z obsadą dyżurów, ale udało się porozumieć z lekarzami i oddział działa.

Na pana biurku stoi kubek z napisem „Po uszy w szambie, ale z nadzieją”… Od kogo go pan dostał?

Od załogi. To już kubek słynny na całą Polskę. Napis jest rzeczywiście celny… Choć nadzieja ma coraz mniejsze litery.

„Potrzebne są pieniądze – choćby na start”

Co jest dziś najbardziej potrzebne?

Pieniądze. Nawet niewielkie środki pozwoliłyby rozpocząć realne działania naprawcze.

Kto powinien pomóc?

Potrzebne są rozwiązania systemowe – np. kredyty konsolidacyjne, które kiedyś funkcjonowały. Bez tego trudno mówić o wyjściu z kryzysu.

Ile pieniędzy potrzeba, by ustabilizować sytuację?

Około 130 mln zł – 120 mln na spłatę zadłużenia i 10 mln na bieżące funkcjonowanie.

W ostrych przypadkach do szpitala w Sanoku będzie za daleko

Czy ten szpital jest potrzebny? Gdyby przestał istnieć, ludzie mają się gdzie leczyć?

Większość mieszkańców miasta i okolic nie wyobraża sobie Leska bez szpitala. Rozważając problem merytorycznie, trzeba podkreślić, że jest to ostatnia placówka ostro dyżurowa w Bieszczadach. Następna najbliższa to Sanok. Niby niedaleko, niby Bieszczady to „śmieszne” góry, ale jednak góry. Dojazd do Leska z niektórych miejscowości Bieszczad trwa ok. godziny, do Sanoka – 1,5 godziny. W ostrych przypadkach typu zawał lub udar w tzw. złotej godzinie może zabraknąć minut…

Szpital posiada lądowisko. W większości szpitali to tylko instalacja generująca koszty. W Lesku podczas sezonu narciarskiego śmigłowiec ląduje kilka razy w miesiącu. To chyba wystarczająco tłumaczy, czy szpital jest potrzebny.

Problem szpitala polega również na tym, że skąpa baza pacjentów nie pokrywa kosztu utrzymania ostrego dyżuru. Ponad 90 proc. hospitalizacji jest w trybie planowym.

Czytaj też:
Szpital w Lesku. „Nowemu dyrektorowi życzę cudu. Każdy dzień to gaszenie pożarów”
Czytaj też:
„Nie rodzimy na SOR-ach”. MZ i dyrektorka szpitala w Lesku wyjaśniają zmiany