Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: Odbudowanie zaufania nadwyrężonego przez czarne owce wśród lekarzy będzie bardzo trudne

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: Odbudowanie zaufania nadwyrężonego przez czarne owce wśród lekarzy będzie bardzo trudne

Dodano: 
Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski
Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski Źródło: Archiwum prywatne
Trzymamy kciuki za reformę w systemie ochrony zdrowia, ale reformę całościową, a nie wycinkową, która miałaby tylko zakończyć medialną obecność afery doktora Kacprzyka – mówi Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Adrian Dąbek, Wprost/Newsmed: Wszyscy mają świadomość, że ostatnie afery związane z wysokimi zarobkami czy innymi nadużyciami dotyczą zaledwie wycinka wśród lekarzy, ale to rzutuje na całe środowisko. Jakie macie pomysły, żeby odbudować zaufanie pacjentów?

Dr Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: Odbudowa zaufania musi się opierać na kontakcie lekarza z pacjentem. Mamy poczucie, że o ile dzisiaj jako grupa zawodowa przez pryzmat afer lekarzy milionerów czy bilokacji lekarzy, jesteśmy oceniani źle, o tyle kontakt lekarza i pacjenta w szpitalu, w przychodni wciąż jest nacechowany zaufaniem.

Dlatego wszyscy musimy dzisiaj pracować nie w przestrzeni medialnej, ale u podstaw, rozmawiając z pacjentami o rzeczywistej skali patologii, walcząc z tymi kolegami w naszym środowisku, którzy mówią o pacjentach jak o petentach, klientach czy dostarczycielach finansów. Myślę, że ta praca u podstaw będzie teraz najważniejsza. Odbudowanie zaufania nadwyrężonego przez czarne owce będzie niestety bardzo trudne.

Ale lekarz na coraz mniej czasu na kontakt z pacjentem. Jak to pogodzić?

To prawda. Dlatego w mocy pozostaje postulat wprowadzenia asystentów medycznych, odbiurokratyzowania systemu ochrony zdrowia. Mówimy o tym od lat. Zmieniło się faktycznie tylko to, że więcej afer i patologii wypływa na światło dzienne. Myślę, że to jest dobry moment, żeby system ochrony zdrowia reformować. Jest zgoda społeczna, jest zgoda w naszym środowisku co do tego, żeby skończyć z pewnymi patologiami.

Trzymamy kciuki za reformę, ale reformę całościową, a nie wycinkową, która miałaby tylko zakończyć medialną obecność afery doktora Kacprzyka.

Jednym z zarzutów, jakie stawiacie w stosunku do proponowanych przez Ministerstwo Zdrowia zmian, jest to, że resort chce zrobić reformę poprzez zwiększenie kontroli nad lekarzami. A jakie pomysły macie wy jako samorząd, czy też mechanizmy, żeby tę kontrolę zwiększyć i zmniejszyć liczbę patologii?

Uważamy, że samorząd lekarski, tak jak to ma miejsce na przykład w Niemczech, powinien być tym ciałem, które również kontroluje czas pracy lekarzy i ma dane o wynagrodzeniach. Ministerstwo Zdrowia chce takie dane zbierać, chcemy również być podmiotem w tej sprawie i od naszej strony walczyć z patologiami.

Jeżeli nie mamy danych, to trudno będzie z patologiami walczyć w sposób skuteczny. Dlatego transparentność jest jednym z naszych postulatów, ale transparentność pojmowana jako nadzór środowiskowy i wyeliminowanie patologii, a nie tylko karanie i chwalenie się później, ile udało się tych patologii wykryć, bez realnej zmiany w systemie.

No właśnie, transparentność. Ustawę o jawności zarobków określił pan jako bubel. Gdzie jest zatem granica między jawnością zarobków, a potrzebą ochrony prywatności i bezpieczeństwa danych?

Ustawa o jawności zarobków tak naprawdę nie była ustawą o jawności, a ustawą o zbieraniu naszych danych przez AOTMiT i publikowaniu statystyk. Baliśmy się tego, że nasze dane będą mogły wyciec. Ta ustawa nie pozwoliłaby na przykład na wykrycie spółki neurochirurgów w Miastku, bo spółek nie obejmuje, w związku z tym jest niedoskonała.

Mamy też poczucie, że będzie wykorzystana politycznie, bo MZ najwyraźniej będzie czekało z publikacją tych danych do stycznia czy lutego, po to, żeby przeczekać jesień, bo może się okazać, że lekarze w swojej masie jednak milionerami nie są.

Myślę, że to była szybka odpowiedź na aferę doktora Kacprzyka i próba przykrycia tej sytuacji, a nie realne narzędzie do zbierania danych.

Zgadzacie się natomiast z ministerstwem, że palącą potrzebą jest zwiększenie dostępności do świadczeń. To z punktu widzenia pacjentów jest najważniejszym problemem. Jak to zrobić?

Dla nas dostępność również jest problematyczna, bo w nowoczesnej medycynie nie da się leczyć pacjenta, patrząc tylko na wycinek systemu. Kiedy kierujemy pacjenta do endokrynologa czy innego specjalisty, to słyszymy, że pacjent będzie czekał pięć miesięcy, a nawet więcej na wizytę, a więc tak naprawdę nie dostanie leczenia. Ta sytuacja jest frustrująca również dla nas.

Chcemy zwiększenia czasu lekarza dla pacjenta, chcemy skoordynowanego systemu i ścieżki pacjenta. Tak, żeby pacjent trafił do szpitala powiatowego, a potem żeby można go było przekazać systemowo do szpitala wyższego stopnia referencyjności. Chcemy tę ścieżkę pacjenta procesowo i nowocześnie zorganizować. Dzisiaj tego nie ma. Tak naprawdę każdy szpital działa na własną rękę i to sprawia, że dostępność jest trudna, bo robi się bałagan w systemie, a na tym bałaganie cierpią pacjenci.

Czy pomysłem na poprawę dostępności może być zwiększenie liczby miejsc na uczelniach medycznych?

Widzimy, że lekarze zostają nie w tym miejscu, w którym kończą studia, ale tam, gdzie rozpoczynają specjalizację. Większość, nawet 60 proc. osób wchodzących do zawodu to kobiety. One się osiedlają w miejscowości, w której się specjalizują, tam dzieci idą do przedszkola, więc tam też dana lekarka czy też lekarz zostaje i pracuje.

W związku z tym mnożenie studiów medycznych nie rozwiąże problemu, tak jak rozwiązałoby go zwiększenie możliwości specjalizacji w szpitalach w mniejszych miejscowościach, a także system zachęt do podejmowania pracy w tych szpitalach.

Jakie to mogą być zachęty?

Oprócz pomysłów czysto finansowych, tak naprawdę chodzi o urealnienie kształcenia również w szpitalach powiatowych. W Niemczech funkcjonuje system płatnego urlopu szkoleniowego, który pozwala lekarzowi z mniejszej miejscowości przyjechać do kliniki na kursy czy na szkolenia.

Dzisiaj odległość nie jest problemem, bo mamy bardzo dużo wiedzy dostępnej w Internecie. Chodzi o taką organizację czasu, żeby lekarz mógł się szkolić, pracować na wysokim poziomie w szpitalu powiatowym i mieć poczucie, że jego wiedza – mimo że pracuje w mniejszej miejscowości – nie odbiega od wiedzy lekarza w dużej jednostce uniwersyteckiej. Dzisiaj mamy poczucie, że lekarze są pozostawieni sami sobie i szkolą się na własną rękę, albo się nie szkolą.

Czytaj też:
Prezes NRL: Ustawa proponowana przez MZ pogorszy dostępność do świadczeń. Projekt oceniamy negatywnie
Czytaj też:
Ustawa o zarobkach medyków. Ekspert: Małe szanse, żeby weszła w życie w tym roku. Są dwie przeszkody